To już Planica?!

Do końca sezonu Pucharu Świata w skokach narciarskich pozostały już tylko trzy konkursy. Już dziś czeka nas początek „superweekendu” na Letalnicy. W tym artykule chciałbym jednak powrócić do tego, co nastąpiło od MŚ w lotach.

Zgodnie z tradycją, po wielkiej imprezie nastąpiły zawody w Lahti. Lecz tym razem były one wyjątkowe, bo rozegrano je nie na HS 130, tylko obok, na HS 97. Moim zdaniem miało to dość znaczący wpływ na losy rywalizacji. Drużynówka na średniej skoczni trzymała w napięciu niemalże do samego końca. Ponadto, dla nas te zawody były bardzo udane – wywieźliśmy z Finlandii trzecie miejsce! Wygrali Austriacy, chciałoby się powiedzieć „jak zwykle”, ale nie w tym sezonie. Ta wygrana w połączeniu z drużynowym Mistrzostwem Świata znów przywróciła wiarę w to, że są oni najsilniejszą nacją świata.

Nie było tego widać w konkursie indywidualnym. Schlieri był 6., Morgi – 7., a reszta… szkoda opowiadać. Nie chciałbym jednak wyciągać zbyt daleko idących wniosków, bo gdy spojrzymy na wyniki 1. serii, to aż się nie chce wierzyć, że taka kolejność miała miejsce. To zaś jest już winą po pierwsze – wiatru, który kręcił na skoczni, po drugie – wielkości obiektu, ponieważ na „normalnym” nie ma tak dużych różnic odległości, jak na dużym. Według mnie, naszym chłopakom skoki wychodziły nadzwyczaj dobrze, bo na K 85-95 ćwiczą najwięcej. Wielu zawodników z Pucharu Świata mogło się od tych wielkości odzwyczaić, choć to podobno jest jak jazda na rowerze…

Indywidualnym zwycięzcą zarówno w Lahti, jak i Trondheim okazał się Daiki Ito. Po nim bardzo dobrze widać, że jeśli jest się w dobrej formie to nic nie ma prawa przeszkodzić. To jest jego najlepszy sezon w karierze, a może go jeszcze ukoronować małą kryształową kulą za loty narciarskie oraz podium w klasyfikacji PŚ. To jest jego czas i w najbliższy weekend będzie wyjątkowo zmotywowany.

W czwartek wszyscy spoglądali na Trondheim. Bałem się, że znów może się nie udać przeprowadzić zawodów, jak to w ostatnich latach bywało. Trzeba było w związku z tym przenosić rywalizację do Lillehammer. Tym razem wiatr nie przeszkadzał i byliśmy świadkami pięknego konkursu z wieloma dalekimi skokami. W pewnej chwili wpadła mi do głowy kalendarzowo-muzyczna ciekawostka związana z tym miejscem. Ostatni raz zmagania w ramach PŚ w marcu na Granasen toczyły się w 2001 roku. Pamiętasz ten cudowny skok dający zwycięstwo Adamowi Małyszowi? Ja przyznaję, że jak przez mgłę, ale zapamiętałem taką charakterystyczną melodię puszczaną w czasie powtórek. Jako przedszkolak bałem się jej… Szkoda, że po 2003 roku zniknęła…

A w roku 2012, by liczyć na dobrze punktowane miejsce trzeba było skoczyć grubo ponad 130 metrów. Znów mieliśmy drużynowy paradoks – najlepsi ostatnio drużynowo: Austriacy, Niemcy, Norwegowie mieli co najwyżej dwóch reprezentantów w czołowej dziesiątce. To może oznaczać, że kończą się czasy dominacji jednej drużyny narodowej, gdzie 4-6 zawodników mieści się wśród dziesięciu najlepszych. Tym lepiej dla rywalizacji!

Na ostatniej dużej skoczni w tym sezonie – Holmenkollen znów karty rozdawał wiatr i on jest winien wielu zepsutym próbom. Znów polecam, by spojrzeć w wyniki. Jedynie zwycięzca, Martin Koch oddał dwa równe, ale i dalekie skoki. Ktoś powie: „przecież to najprostsza metoda na wygrywanie.” A ja odpowiem: „Owszem, ale weź skocz 130 metrów przy 1,5 m/s pod narty i potem tyle samo przy dwa razy słabszym wietrze”.

Nasi reprezentanci dają nam do zadowolenia. Olek Zniszczoł i Klimek Murańka uczą się, a już punktują. Z tego cieszymy się niezmiernie. Ostatnio wysoko plasuje się też Piotr Żyła. Jako, że jest nowym rekordzistą Polski w długości lotu, liczymy na niego w Planicy. Kamil Stoch chyba trochę się już zmęczył sezonem, bo brakuje mu tego błysku z początku, czy choćby środka, ale poniżej pewnego poziomu nie schodzi. Miło byłoby go zobaczyć na podium PŚ, ale to może się okazać jeszcze za trudne do wykonania.

Czy czeka nas jeszcze walka o dużą kryształową kulę? Chyba raczej nie, bo przewaga Andersa Bardala wydaje się być wystarczająco duża, by dowieźć ją do końca. Fakt, że ostatnio przydarzają mu się „klopsy”, ale dwa pod rząd to by było za dużo. No i jeszcze Gregor Schlierenzauer musiałby fruwać daleko, a nie jest w TEJ formie. Powinien skupić się na obronie drugiej pozycji, bo chyba to jedyne, co może w tym momencie zrobić, aby nie musieć spisywać sezonu na straty. Z tyłu czają się jeszcze Andreas Kofler, który także ostatnio prezentuje się w kratkę i Daiki Ito, najgroźniejszy ze wszystkich, o czym już napisałem, zatem może być ciekawie.

Uwielbiam pikniki w Planicy, czasem nawet wydaje mi się, że są fajniejsze niż w Zakopanem – ta pogoda, ta skocznia, koniec sezonu, wszyscy się cieszą… No i ta tradycyjna melodia… Pewnie znów się wzruszę, ale na pewno nie tak, jak rok temu. Zawsze jest mi szkoda, że Puchar Świata kończy się po tak pięknym weekendzie. Cóż, w taki sposób nastrajamy się na nowo najpierw na Letnie GP, a potem na listopad, na nowe rozdanie.

Oby tylko zostało trochę śniegu, bo w ciągu dnia w Planicy może być nawet niecałe 20 stopni powyżej zera. Temperatury zimowe pozostają jedynie w nocy…


pubsport.pl
Krzysztof Sędzicki
Uczeń I LO w Łodzi. Już jako przedszkolak oglądałem transmisje sportowe w telewizji. Kilka lat pograłem w koszykówkę, ale nie spodobała mi się i już pod koniec gimnazjum przerzuciłem się na amatorską odmianę siatkówki i skoku wzwyż. Pasjonuję się wieloma dyscyplinami, przede wszystkim piłką nożną, siatkówką, formułą 1 i skokami narciarskimi. Czasami lubię też pooglądać inne sporty, np. koszykówkę, biathlon, tenisa, snookera, darta... Nie ma tygodnia, żebym czegoś nie obejrzał! Tak, uznawaj mnie za sportowego maniaka! Dobrze mi z tym! W przyszłości chciałbym zostać dziennikarzem - komentatorem sportowym. Póki co, próbuję swoich sił na kilku frontach - na blogu (sedzik.blox.pl), tele-sport.pl, TakSięGra TV i właśnie tu, na Pubsport.pl, gdzie piszę artykuły, felietony, relacje i robię kilka rzeczy, których nie widać gołym okiem, gdzieś tam "za kulisami".
http://sedzik.blox.pl