To już przeżyłem: Euro 2004

Miałem wtedy prawie 9 lat i jedną dużą piłkarską imprezę świadomie przeżytą (MŚ 2002) za sobą. Po jej finale w Yokohamie zacząłem płakać i nie mogłem doczekać się kolejnej. Co prawda nie był to Mundial, ale batalia 16 najlepszych drużyn Starego Kontynentu także była dla mnie wielkim przeżyciem.

O tym, że ME w Portugalii się odbędą przypominały mi mecze naszej reprezentacji w eliminacjach. Pamiętam, jak poznałem historię kadry San Marino, pamiętam spotkanie z Łotwą na Legii, które przegraliśmy 0:1 (przypominało się je w kontekście meczu towarzyskiego, który niedawno rozegraliśmy). Niełatwo było mi się pogodzić z dość wyraźnymi porażkami w starciach ze Szwedami. Przypominam sobie również, jak mało brakowało, abyśmy awansowali do baraży – Łotwa w ostatniej kolejce wygrała ze Szwecją na wyjeździe i zajęła 2. miejsce w grupie. Potem o mistrzostwach słyszałem coraz mniej, ale to chyba naturalne po nieudanych kwalifikacjach. W maju o Euro przypomniał mi tata (tak, ten przeciwnik „nędznych kopaczy”!) kupując mi Skarb Kibica wydany przez „PN”. Mam go do dziś i jest jedną z moich najcenniejszych pamiątek:


Nie ukrywam, że troszkę się nim „podpierałem” w tym felietonie.

W tamtym czasie wielką nagrodą było dla mnie pójście spać po zakończeniu meczu, a nie przed 22:00 (kiedy ledwo co zaczynała się II połowa). Pomyślcie, jaki był szał radości, kiedy dochodziło do dogrywki albo rzutów karnych! Dla ucznia kończącego 2. klasę podstawówki to było niesamowite przeżycie.

Znaczną większość spotkań turnieju oglądałem na… czarno-białym telewizorze, Neptunie:

Nie działo się tak dlatego, że nie miałem kolorowego telewizora w domu, ale zwyczajnie rodzice nie przystali na prawie miesięczny maraton z piłką nożną. Dlatego turniej sprzed ośmiu lat kojarzy mi się z tym właśnie teleodbiornikiem, który był ostatnią deską ratunku przed przegapieniem jakiegoś meczu. Pamiętam, iż malowałem sobie flagi państw, które akurat ze sobą rywalizowały i przyklejalem je na górze. Na szczęście ważniejsze mecze oglądaliśmy rodzinnie na ekranie większego, 27-calowego, odbiornika o znacznie szerszej gamie barw.

Transmisje w Polsce przeprowadzała TVP. Wszystkie mecze wraz z wejściem na studio pokazywane były w kanałach otwartych (bo TVP Sport jeszcze nie istniał). Było kilka zabawnych sytuacji na antenie, ale wówczas mi to nie przeszkadzało. Do Portugalii poleciały znane nam osobistości – Dariusz Szpakowski, Maciej Iwański, Tomasz Jasina, a także człowiek, który stworzył potęgę sportu w Canal+, a obecnie włada Orange Sport, Janusz Basałaj. Coś mi się przypomina, że mecz finałowy komentowała trójka sprawozdawców – tak! tak było! Lecz był to chyba ostatni raz, kiedy tak się działo. Ze studia pamiętam Jacka Kurowskiego i Włodzimierza Szaranowicza wraz z trenerem Jackiem Gmochem. Chyba właśnie wtedy poczułem mocniejszy impuls, że chcę zostać dziennikarzem sportowym.

Powoli przechodzę do samej rywalizacji. Miała ona miejsce na aż dziesięciu obiektach. Już wtedy wydawało odnosiłem wrażenie, iż było ich za dużo. Na pięciu z nich odbyły się ledwie dwa spotkania turnieju. W tej chwili regularnie używane są tylko po dwa obiekty w Lizbonie oraz Porto i ten wyjątkowy Municipal de Braga, zaś pozostałe przynoszą duże straty, więc rozważane są ich rozbiórki albo licytacje. Wyglądają pięknie, ale co z tego, jeśli nie zapełniają się one kibicami podczas meczów piłkarskich? Wszystkim pesymistom mówię, że nam to nie grozi, bo obiektów mamy o 6 mniej, a przynajmniej 3 mają perspektywy na przyszłość, gdyż regularnie grają tam miejscowe kluby piłkarskie. Z Narodowym może być kłopot, ale tam ma podobno dziać się wiele imprez o charakterze kulturalnym.

Większość z nas pamięta lub chociaż wie z mediów, że niespodziewanym Mistrzem Europy została wtedy Grecja. Przed turniejem mało kto stawiał na podopiecznych Otto Hehhagela. Bukmacherzy każdemu, kto postawił na triumf Hellady na Euro musieli wypłacić aż 80-krotność kwoty wpłaconej. Ani historia ani sparingi przed ME także nie dawały wielkich perspektyw w turnieju – porażka z Holandią 0:4, potem z… Polską 0:1. Z drugiej jednak strony, Grecy wygrali swoją grupę eliminacyjną, a swojego późniejszego grupowego rywala, Hiszpanię, odesłali do baraży.

Ale kto przy zdrowych zmysłach spodziewałby się zwycięstwa z Portugalią w meczu otwarcia? Przez większość spotkania grali jak równy z równym, w końcówce już jakby brakowało im sił, ale udało się wygrać to spotkanie. W dwóch kolejnych starciach zdobyli tylko punkt, a z grupy wyszli tylko dlatego, że mieli lepszy bilans bramkowy od La Furia Roja.

W ćwierćfinale trafiła na Francję, a mecz wyglądał podobnie do pierwszego, choć Trójkolorowi zawiesili im poprzeczkę nieco wyżej. Ledwo, ale jednak udało się wejść do czwórki, gdzie czekali Czesi. Tamta reprezentacja była moim zdaniem mocniejsza od tej, którą oglądamy obecnie – młodzi Cech, Baros, Rosicky, a także starsi – Jankulovski, Galasek, Smicer, Poborsky, Nedved, Koller – to był naprawdę skład, który siał postrach na Starym Kontynencie. Przekonali się o tym choćby Holendrzy i Niemcy grający z naszymi południowymi sąsiadami w jednej grupie. Chyba właśnie ten półfinał uświadomił mi fakt, iż mecz bez bramek także może być wielce ciekawy. Tak właśnie było. Doszło do dogrywki, znów mogłem pójść spać później, a kiedy szykowałem się na drugi kwadrans, srebrną bramkę zdobył główką po rzucie rożnym Traianos Dellas. Czesi nie mieli szansy odpowiedzieć, gdyż stało się to w ostatniej minucie pierwszej części dogrywki.

W spotkaniu finałowym zagrały te same reprezentacje, co w meczu otwarcia, ale scenariusz – a zwłaszcza jego zakończenie – miał być zupełnie inny. Reprezentacja gospodarzy rozkręciła się po fazie grupowej i odesłała do domu Anglię i Holandię. Następowała tam zmiana pokoleniowa – Luisa Figo, Pedro Pauletę, Fernando Couto mieli zastąpić Cristiano Ronaldo, Helder Postiga, Tiago. Był to skład niemal idealny do wygrania tego Euro. Doszło do kolejnego wyrównanego i emocjonującego meczu, a wygrali go Grecy. Angelos Charisteas dzięki swojej główce po wrzutcie z rogu stał się bohaterem całej ojczyzny i uciszaczem Estadio da Luz. Podopieczni Luisa Felipe Scolariego mieli jeszcze parę okazji, lecz dobrze w bramce spisywał się Antonis Nikopolidis z charakterystycznymi siwymi włosami na głowie. To było naprawdę wielkie i niesamowite zwycięstwo reprezentacji Grecji i smutne pożegnanie z wymienionymi odchodzącymi gwiazdami portugalskiego futbolu.

Wiele nazwisk z tamtego mistrzowskiego zespołu zapadło mi w pamięć – oprócz tych, o których już wspomniałem tacy piłkarze, jak Kapsis, Seitaridis, Zagorakis, Karagounis, Katsouranis, Papadopulos będą mi się kojarzyć z tą imprezą. O paru z nich potem jeszcze było słychać w zespołach klubowych (głównie greckich, bo aż 15 z 23 powołanych na ME grało w rodzimej lidze), przede wszystkim w Panathinaikosie i Olympiakosie – dwóm odwieczym rywalom. To wspaniałe, że potrafili się zjednoczyć dla dobra kadry narodowej.

 We wspomnieniach mam także wiele innych wspaniałych momentów – jednym z najlepszych meczów Euro 2004 było spotkanie grupowe Anglików z Francuzami. Podopieczni Svena Goerana Erikssona prowadzili 1:0 do 91. minuty, ale potem Zinedine Zidane popisał się prześlicznym strzałem z rzutu wolnego. Kilkadziesiąt sekund później wykorzystał karnego, który dał 3 punkty jego reprezentacji. Wcześniej z wapna pomylił się David Beckham, ale to nasłynniejsze pudło Becksa nastąpiło później, w bardzo interesującym ćwierćfinale z Portugalią podczas serii jedenastek.

Wielkimi przegranymi okazali się obok Hiszpanów, Wicemistrzowie Europy z 2000 roku, Włosi. Odpadli oni w podobny sposób, co Espana, ale bolało to ich bardziej, gdyż wygrali swoje ostatnie spotkanie grupowe z Bułgarią (po dwóch remisach na początku), ale w końcówce równolegle toczonego spotkania Duńczyków ze Szwedami Mattias Jonson doprowadził do remisu, który pozbawiał Italię gry w fazie pucharowej pomimo tego, że trzy pierwsze ekipy w grupie C miały po 5 punktów. Dwa lata potem Squadra Azzurra odbili sobie to wszystko zdobywając Mistrzostwo Świata.

Mistrzostwa Europy 2004 rozgrywane w Portugalii pomogły mi jeszcze bardziej pokochać piłkę nożną. Zobaczyłem, że taka impreza może być ciekawa nawet bez udziału reprezentacji Polski. Wiele gwiazd, które widziałem w meczach Ligi Mistrzów pojawiło się również na portugalskich boiskach i zaczęło mi się to wszystko składać w logiczną całość. Przy okazji podszkoliłem się ze znajomości zasad piłki nożnej, a także geografii i flag państw europejskich. Oto dowód, że sport naprawdę pomaga w wielu innych aspektach życia!

Wybaczcie mi, że więcej było tu moich osobistych przeżyć niż opowieści o samym turnieju, ale tak właśnie zapamiętałem to Euro jako niespełna dziewięciolatek. Jeszcze o wielu rzeczach nie wiedziałem, lecz to naturalne, byłem przecież jeszcze dzieckiem – przeżywałem wszystko na swój sposób. Niemniej jestem dumny, że mogę przytoczyć wiele wydarzeń z tamtego czasu i ME z 2004 roku uważam za swoje pierwsze świadomie przeżyte. Aż mi się nie chce wierzyć, że mija już osiem lat od tego wydarzenia…

Na dźwięk tego intro od razu sprintem biegłem do telewizora 


pubsport.pl
Krzysztof Sędzicki
Uczeń I LO w Łodzi. Już jako przedszkolak oglądałem transmisje sportowe w telewizji. Kilka lat pograłem w koszykówkę, ale nie spodobała mi się i już pod koniec gimnazjum przerzuciłem się na amatorską odmianę siatkówki i skoku wzwyż. Pasjonuję się wieloma dyscyplinami, przede wszystkim piłką nożną, siatkówką, formułą 1 i skokami narciarskimi. Czasami lubię też pooglądać inne sporty, np. koszykówkę, biathlon, tenisa, snookera, darta... Nie ma tygodnia, żebym czegoś nie obejrzał! Tak, uznawaj mnie za sportowego maniaka! Dobrze mi z tym! W przyszłości chciałbym zostać dziennikarzem - komentatorem sportowym. Póki co, próbuję swoich sił na kilku frontach - na blogu (sedzik.blox.pl), tele-sport.pl, TakSięGra TV i właśnie tu, na Pubsport.pl, gdzie piszę artykuły, felietony, relacje i robię kilka rzeczy, których nie widać gołym okiem, gdzieś tam "za kulisami".
http://sedzik.blox.pl