TOP 10 polskich rywalizacji w Europie

Każdy dobrze wie, że polskie kluby nie należą do europejskich potęg. W naszej lidze nie grają gwiazdy światowego formatu, nigdy zespół znad Wisły nie sięgnął po europejskie trofeum (nie licząc Pucharu Intertoto), a na Ligę Mistrzów czekaliśmy ostatnio przez ponad dwie dekady.  Jednak w historii (zarówno w tej odległej, jak i w tej, którą pamiętają młodzi ludzie) miało miejsce wiele meczów, w których polskie kluby zapracowały na to, by wspominać o ich wyczynach przez lata. Postarałem się sporządzić  subiektywne zestawienie dziesięciu najciekawszych rywalizacji polskich klubów w europejskich pucharach. Było z czego wybierać, zatem powspominajmy.

Miejsce 10.

Lech Poznań – Olympique Marsylia

Olympique Marsylia to klub, który fascynuje mnie od dawna. Dla mnie to symbol francuskiego futbolu klubowego. Większy niż Olympique Lyon, którego czasy seryjnego zdobywania tytułów mistrzowskich przypadły na lata mojego dzieciństwa. Większy niż legendarne AS Saint-Etienne, czy obecna potęga Paris Saint-Germain. Jednym z powodów tej fascynacji są pogmatwane dzieje klubu i tajemnice, jakie często mu towarzyszyły. Tak było też w 1990 roku. Rywalizacja o awans do najlepszej ósemki Pucharu Europy przeszła do historii z dwóch przyczyn. Po pierwsze Lech Poznań pokonał u siebie milionerów z Marsylii. Po drugie w wyjazdowej potyczce miał miejsce wynik, którego okoliczności do dziś są owiane tajemnicą.  Jednak po kolei. 25 października 1990 roku był jednym z najpiękniejszych dni w historii Kolejorza. Do stolicy Wielkopolski przyjechał francuski gigant prowadzony przez słynnego niemieckiego piłkarza, a potem trenera Franza Beckenbauera.  Zespół tworzony był przez takie gwiazdy jak Tigana, Germain, Waddle i Cantona. Mimo takiego gwiazdozbioru poznaniacy wygrali 3:2. Więcej legend powstało jednak na temat rewanżu, który zakończył się sromotną porażką Lechitów narzekających w trakcie spotkania na apatię, ospałość i brak koncentracji. Dochodziły do tego problemy żołądkowe. Już na rozgrzewce fatalnie poczuł się Dariusz Skrzypczak, któremu mecz przeszedł przez to koło nosa. Ledwie po dwudziestu minutach o zmianę poprosił Mirosław Trzeciak. Podobno w przerwie obaj panowie spali oraz trzęśli się z zimna i nie było to skutkiem temperatury, która tego dnia dochodziła przecież do dwudziestu stopni. Inni gracze również narzekali na podobne dolegliwości. Wiele wskazuje na to, że gości z Poznania uraczono podejrzanym specyfikiem w soku pomarańczowym. W takich okolicznościach gospodarze rozbili rywali aż 6:1, ale wygrana w pierwszym meczu i legendy powstające przy okazji rewanżu sprawiają, że o tej rywalizacji mówi się do dziś.

Miejsce 9.

Wisła Kraków – Real Saragossa

Sezon 1999/2000 przyniósł dwumecz, o jakim nie śniło się filozofom. Bo jak można nawet pomyśleć o odrobieniu trzybramkowej straty, zwłaszcza kiedy zaczyna się rewanż od straty gola. Tak było w dwumeczu Wisły Kraków z Realem Saragossa. W Hiszpanii gospodarze rozbili polską drużynę 4:1. Wydawało się, że rewanż będzie tylko formalnością. Meczem, który musi się odbyć i o którym wszyscy na drugi dzień zapomną. Nikt nie przypuszczał, że na temat tego spotkania będą toczyć się długie rozmowy. Raczej spodziewano się, że nazajutrz będzie można przeczytać krótką notkę w gazecie. Potwierdziło się jednak, że futbol jest jedną z najmniej logicznych rzeczy na świecie. Bo jak inaczej powiedzieć o dyscyplinie, która rodzi takie zwroty akcji.  Po pierwszej połowie rewanżowego boju Real prowadził. Jeśli ktoś wówczas powiedziałby, że w kolejnej rundzie Pucharu UEFA znajdzie się Wisła, prawdopodobnie dostałby propozycję napisania scenariusza do kolejnej części Gwiezdnych Wojen. Jednak to, co zobaczyli kibice zgromadzeni tego popołudnia na stadionie, przebiło nawet przygody Luke’a Skywalkera i Hana Solo. Filmy Alfreda Hitchcocka zaczynają się od trzęsienia ziemi, a z czasem napięcie rośnie. To spotkanie zaś rozkręcało się bardzo leniwie i bardziej niż rockową balladę, przypominało kołysankę dla zasypiającego dziecka. Na szczęście tylko do czasu. W przerwie trener Orest Lenczyk dokonał trzech zmian. Zdjął z boiska Ryszarda Czerwca, Olgierda Moskalewicza i Tomasza Kulawika. Wszystko po to, by mogli odpocząć przed zbliżającym się meczem ligowym. Na drugą część wybiegli Kelechi Iheanacho, Grzegorz Niciński i Łukasz Sosin. Ten pierwszy doprowadził do remisu, a w ciągu dziesięciu minut padły dwa kolejne gole dla gospodarzy.  I na dwie minuty przed końcem dzięki bramce Tomasza Frankowskiego kibice na stadionie poderwali się z miejsc, a ci siedzący przed telewizorem zaczynali się budzić. Było warto, bo rzuty karne lepiej wykonywali Wiślacy. Dokonali tego dnia niemożliwego. Przegrać 1:4 pierwszy mecz, przegrywać 0:1 w rewanżu i mimo tych przeciwności podnieść się i awansować. To nie miało prawa się zdarzyć. Piłka nożna nie jest normalna.

Miejsce 8.

Legia Warszawa – Sampdoria Genua

Sezon 1990/91. Walka o najlepszą czwórkę Pucharu Zdobywców Pucharów. Borykająca się z kłopotami finansowymi Legia walczyła z Sampdorią Genua będącą liderem Serie A. Warszawianie wcześniej poradzili sobie z luksemburskim Swiftem Hesperange i szkockim Aberdeen. Mimo to, w potyczce z drużyną z Italii mało kto dawał szanse opuszczonej przez Romana Koseckiego (przeniósł się do Galatarasay Stambuł) drużynie ze stolicy Polski. W pierwszym spotkaniu tacy piłkarze jak Vialli, Cerezo czy Mancini nie okazali się straszni dla podopiecznych Władysława Stachurskiego. Po trafieniu Dariusza Czykiera Legia sprawiła niespodziankę skromnym zwycięstwem na swoim obiekcie. Nawet wygrana nad rywalem z Genui nie zmieniła optyki przed rewanżem. Faworyt był jasny. Nikt jednak nie przewidział, że w dniu rewanżu narodzi się nowa gwiazda polskiego futbolu, późniejszy wicemistrz olimpijski Wojciech Kowalczyk. 19-letni napastnik wskoczył do składu z powodu kontuzji Andrzeja Łatki i wprowadził Legię do półfinału, zdobywając dwie bramki. Włosi zdołali jeszcze wyrównać, co sprawiło, że końcówka trzymała w napięciu mocniej niż „Milczenie owiec”. A kiedy czerwoną kartką został ukarany Maciej Szczęsny i do bramki musiał wejść obrońca Marek Jóźwiak, goście byli w poważnych tarapatach. Na szczęście przetrwali trudne chwile. Wynik się nie zmienił, dzięki czemu Legionistom przyszło w półfinale mierzyć się z Manchesterem United,  późniejszym tryumfatorem całych rozgrywek.

Miejsce 7.

Widzew Łódź – Broendby IF

Kilka lat temu wspominano ten mecz na antenie Programu Pierwszego Polskiego Radia. Jeden z grających wówczas zawodników Widzewa zapytany o to z czym kojarzy mu się pamiętny wieczór w Kopenhadze odpowiedział: „Panie Turek, niech pan kończy”. I nie ma w tym nic dziwnego. Bo właśnie słowa relacjonującego w radiu polsko-duński bój o Ligę Mistrzów Tomasza Zimocha przychodzą na myśl jako pierwsze. Niezależnie od tego czy styl znanego komentatora wzbudza zachwyt czy zażenowanie. Niezależnie również od tego czy jego spojrzenie na sprawy polityczne jest komuś bliskie czy nie. Już zawsze wspominając wyczyn podopiecznych Franciszka Smudy z sezonu 1996/97, słyszy się w myślach fragmenty krążącej w sieci transmisji. Mistrzowie Polski walczyli o awans do elitarnych klubowych rozgrywek. Pierwszy mecz zakończył się nieznacznym zwycięstwem. Na gole Jacka Dembińskiego i Sławomira Majaka odpowiedział strzałem z rzutu wolnego Ole Bjur, co postawiło łodzian przed trudnym zadaniem w perspektywie wyjazdowego rewanżu. Obawy szybko zostały potwierdzone. Już po pierwszej połowie drugiego meczu Duńczycy prowadzili 2:0 po trafieniach Moellera i Bjura. W przerwie do szatni wparował wściekły Andrzej Grajewski, jeden z właścicieli Widzewa. Piłkarze nie zwrócili na niego uwagi. Nikt nie musiał ich motywować. Doskonale wiedzieli o co grają. Niestety tuż po wyjściu na drugą część padła bramka na 3:0 po strzale Vilforta, jednego z bohaterów reprezentacji Danii, która w 1992 roku oczarowała piłkarski świat, sensacyjnie sięgając po mistrzostwo Europy. Wydawało się, że będzie to smutny wieczór. Na szczęście dał o sobie znać słynny widzewski charakter. W 56. minucie Marek Citko wlał nadzieję w serca kibiców gości. Do awansu brakowało tylko jednej bramki. Przyniosła ją 89. minuta. Strzelał Majak, głowę dostawił Paweł Wojtala, a fani polskiego futbolu oszaleli z radości. To wtedy Zimoch zaczął prosić tureckiego sędziego o ostatni gwizdek. Doczekał się go po siedmiu doliczonych minutach. Szalona końcówka, walka do końca i wreszcie radość. Widzew jako drugi polski klub zakwalifikował się do fazy grupowej Ligi Mistrzów. Kto wówczas przypuszczał, że na kolejny awans mistrza Polski trzeba będzie czekać przez dwie dekady?

Miejsce 6.

Lech Poznań – FC Barcelona

W sezonie 1988/1989 w półfinale Pucharu Zdobywców Pucharów prowadzona przez legendarnego Johana Cruyffa Barcelona mierzyła się z bułgarskim Sredecem Sofia. Katalończycy wygrali oba spotkania, ale stracili trzy bramki. Wszystkie zdobył niejaki Christo Stoiczkow, który oczarował byłego holenderskiego piłkarza i stał się później legendą klubu z Camp Nou. Barca wygrała całe rozgrywki, dzięki czemu do zespołu dołączyli Michael Laudrup, Ronald Koeman i Romario. To właśnie ci zawodnicy stworzyli jedną z najwspanialszych drużyn w historii futbolu – słynny kataloński Dream Team. Niewiele brakowało, a tego wszystkiego mogło nie być. Otóż w 1/8 finału wspomnianych rozgrywek Duma Katalonii mierzyła się z Lechem Poznań. Gracze z Wielkopolski, kiedy dowiedzieli się, kto jest ich rywalem, nie mogli w to uwierzyć. Sama nazwa przeciwnika paraliżowała.  Pierwszy mecz na wyjeździe poznaniacy sensacyjnie zremisowali 1:1. Jak duża była to niespodzianka najlepiej pokazuje fakt, że działacze Kolejorza obiecali piłkarzom premie za porażkę niższą niż 0:3. W rewanżu przy Bułgarskiej wynik się powtórzył i o awansie decydowały karne. Stały się one osobną, wielką historią. Hiszpanie zaczęli bardzo źle. Ryszard Jankowski obronił już pierwszy strzał, oddany przez Roberto. Przy stanie 3:3 spudłował Jarosław Araszkiewicz i wszystko zaczęło się na nowo. Tuż po nim do piłki podszedł Alexanko. Po jego kopnięciu piłka przefrunęła nad poprzeczką. Radość ponad 35 tysięcy siedzących na trybunach kibiców trwała krótko, ponieważ sędzia nakazał powtórzyć strzał. I znów pudło! I znów ulga! Wszystko pozostawało w nogach Bogusława Pachelskiego. Niestety Andoni Zubizarreta obronił i wychowanek Stali Płock nie przeszedł do historii jako człowiek, który powstrzymał Barcelonę. Następnie trafiali kolejno Bakero, Głombiowski i Aloisio. Po strzale będącego pod ogromną presją Damiana Łukasika piłka spotkała się z poprzeczką, dzięki czemu przyjezdni awansowali, a Johan Cruyff poczuł nieprawdopodobną ulgę. Gdyby tego dnia prowadzona przez niego ekipa miała mniej szczęścia, prawdopodobnie nie stworzyłby drużyny, która zapisała się w historii złotymi zgłoskami.

Miejsce 5.

Legia Warszawa – Real Madryt

Tę historię wszyscy dobrze znamy. Nie musimy wertować książek i odtwarzać starych nagrań. Świeża historia, którą ciągle mamy w pamięci. I pewnie będziemy mieli długo. Sezon 2016/17. Po dwudziestu latach żmudnego oczekiwania, eliminacyjnych upokorzeń, pechowych Aten, nieszczęsnej Nikozji, wstydliwego Tallina i niepomyślnych losowań, mistrz Polski wraca do Ligi Mistrzów. Po Barcelonach, Realach czy innych Manchesterach, ale i po dużo słabszych rywalach, którzy i tak okazywali się dla nas za mocni, wreszcie jest upragniony awans. Wprawdzie po wymęczonym zwycięstwie w dwumeczu z mistrzem Irlandii, ale na Ligę Mistrzów w Polsce czekało się zbyt długo, by się z niej nie cieszyć. Najpierw zimny prysznic z Borussią. Potem wyjazdowa porażka w Lizbonie. Gol strzelony wielkiemu Realowi w Madrycie sprawił, że czuliśmy się tak, jak raz na sto lat czują się kibice reprezentacji San Marino, kiedy którychś z ich piłkarzy trafi do bramki w eliminacjach dużej imprezy. Lanie 1:5 nie jest rozczarowaniem, bo wszyscy zdają sobie sprawę z tego, że nie mogło być inaczej. Tak jak Chuck Norris w swoich filmach nigdy nie przegrywa z przestępcami, tak klub pokroju Realu nie może stracić punktów z Legią. Drugi mecz między tymi zespołami, rozegrany w Warszawie, odbywający się, na skutek nałożonej przez UEFA kary, przy pustych trybunach przyniósł jednak prawdziwą sensację. Nic jej nie zapowiadało. Chwilę po włączeniu telewizorów na grafice z wynikiem pojawiła się jedynka po stronie Hiszpanów. Stało się tak za sprawą Garetha Bale’a. Minęło nieco ponad pół godziny, a Legia otrzymała kolejny cios, tym razem od Karima Benzemy. Kilka minut przed przerwą do bramki gości trafił Vadis Odidja-Ofoe. Jest dobrze. Trzeba cieszyć się z każdej, pojedynczej bramki. Po zmianie stron mistrzowie Polski strzelają kolejnego gola. Miroslav Radović doprowadza do remisu. Pewnie zaraz wszystko wróci do normy, ale przynajmniej udało się postraszyć Real. Na siedem minut przed końcem Thibault Moulin daje Legii prowadzenie. Sensacja! Ludzie szczypią się w policzki, regulują odbiorniki, sprawdzają w kalendarzu, czy przypadkiem nie ma pierwszego kwietnia. To dzieje się naprawdę. Mateo Kovacić wyrównuje, ale radość z remisu jest ogromna. Zwłaszcza, że po kolejnej porażce z Borussią przyszedł mecz, w którym do zajęcie trzeciego miejsca w grupie i startu w fazie pucharowej Ligi Europy wystarczyło skromne zwycięstwo u siebie ze Sportingiem. I to zwycięstwo miało miejsce. Legia żegna się z Ligą Mistrzów, ale zostaje w Europie. Także, a może przede wszystkim dzięki temu pięknemu wieczorowi, kiedy polski klub zatrzymał dumę Madrytu.

Miejsce 4.

Wisła Kraków – Schalke 04 Gelsenkirchen

To był sezon 2002/2003. Piłkarze Henryka Kasperczaka stworzyli widowisko, które wpłynęło na stworzenie nowego pokolenia. Wszyscy fani polskiej piłki urodzeni na początku lat 90. są tzw. „pokoleniem Wisła-Schalke 4:1”.  W pierwszym meczu w Krakowie padł remis 1:1, przez co wydawało się, że do kolejnej rundy Pucharu UEFA awansują Niemcy. Gospodarze po pierwszej połowie prowadzili, ale nie udało im się utrzymać korzystnego wyniku. W lepszej sytuacji przed starciem rewanżowym byli zatem rywale. Jednak rewanż w Zagłębiu Ruhry zapisał się na zawsze w historii polskiej piłki klubowej. Jeszcze w pierwszej części Wisła objęła prowadzenie po strzale Macieja Żurawskiego. Odpowiedź niemieckiej ekipy była natychmiastowa. Piłkę do krakowskiej bramki skierował występujący w Schalke reprezentant Polski Tomasz Hajto. To, co stało się w drugiej połowie było dla polskiej piłki klubowej jak lądowanie na Księżycu. Gole strzelali wyłącznie piłkarze z Krakowa. Kilka minut po wyjściu z szatni prowadzanie gościom dał Kalu Uche. Bramka Franka Rosta była ostrzeliwana coraz mocniej, aż w końcu zaczęły padać kolejne trafienia. Stało się to w końcówce, gdy ponownie trafił Żurawski, a następnie rywali dobił Kamil Kosowski. Jak napisał w świetnej książce „Wisła Kraków. Sen o Potędze” Mateusz Miga, po spotkaniu w szatni Polaków pojawił się wspomniany Hajto, który machając kartą kredytową miał powiedzieć: „Dobra, panowie, do zobaczenia. Idę sprawdzić stan konta”. Jednak tego dnia nic nie mogło popsuć humoru piłkarzom Białej Gwiazdy. Nawet słabe próby zamazania boiskowych niepowodzeń poprzez zwrócenie uwagi na ilość posiadanej forsy. Tego wieczoru Wisła Kasperczaka stała się elementem popkultury. Drużyną, którą zawsze będzie się wspominać z wypiekami na twarzy.

Miejsce 3.

Widzew Łódź – Liverpool FC

Kiedy w 1983 roku w walce o awans do półfinału Pucharu Europy los przydzielił Widzewowi słynny Liverpool, podobno chętnych do obejrzenia pierwszego meczu z trybun było ponad 200 tysięcy. Tylu fanów oczywiście stadion Łódzkiego Klubu Sportowego (Widzewiacy rozgrywali mecz na obiekcie lokalnego rywala) pomieścić nie mógł. Ostatecznie 45 tysięcy ludzi miało okazję na własne oczy zobaczyć, jak zespół z Polski ogrywa angielskich mocarzy. W pierwszej połowie na gole się nie doczekano. Ale już kilka minut po zmianie stron wynik otworzył Mirosław Tłokiński. W 80. minucie padła druga bramka, a zdobył ją malutki Wiesław Wraga, który wszedł z ławki rezerwowych zaledwie dziesięć minut wcześniej i jako najniższy piłkarz na boisku,  strzelił gola głową. Tę głowę przed kilkoma tygodniami pogłaskał Jan Paweł II podczas audiencji, na której zjawili się piłkarze Widzewa wracający z zimowego zgrupowania w położonej w Apeninach miejscowości Barga. Dwubramkowa zaliczka była dobrym rezultatem przed rewanżem, ale nie dawała żadnej pewności. Wszystko miało rozstrzygnąć się w mieście Beatlesów. Zaczęło się źle. Phil Neal wykorzystał rzut karny i gospodarze odrobili część strat. Nieco ponad kwadrans później celnie z jedenastu metrów strzelił Tłokiński, a kiedy na początku drugiej odsłony bramkarza LFC pokonał Włodzimierz Smolarek, łodzianie byli w znakomitej sytuacji. Rywale do awansu potrzebowali aż czterech bramek. Dzięki strzałom Rusha i Hodgsona zdobyli dwie i wygrali, ale było to dla nich gorzkie zwycięstwo. Dzięki zwycięskiej porażce Widzew znalazł się w gronie czterech najlepszych klubów Starego Kontynentu.

Miejsce 2.

Widzew Łódź – Juventus FC

Rok 1980 był dla polskiego sportu udany nie tylko za sprawą wywalczonych w pięknym stylu przez Bronisława Malinowskiego czy Władysława Kozakiewicza złotych medali olimpijskich. Przyczynili się do tego także m.in. piłkarze Widzewa występami w Pucharze UEFA. Po wyeliminowaniu słynnego Manchesteru United, widzewiacy trafili na kolejnego giganta, jakim był włoski Juventus nafaszerowany takimi postaciami, jak Zoff, Gentile, Scirea, Cabrini, Causio, Tardelli, Brady czy Bettega. Turyńską orkiestrą dyrygował w dodatku wybitny trener Giovanni Trapattoni. Łodzianie nie zamierzali się przestraszyć tak dużych nazwisk i po porywającej grze wygrali przed własną publicznością 3:1. Czekał ich jeszcze rewanż w stolicy Piemontu. Nie układał się on po myśli podopiecznych Jacka Machcińskiego. Włosi odrobili straty już na początku drugiej połowy. Na szczęście kilkanaście minut później piłkę z siatki musiał wyciągać Zoff, a jednobramkowe zwycięstwo Starej Damy dawało przepustkę do 1/8 finału Polakom. Taki wynik nie utrzymywał się długo. Juve odzyskało przewagę dwóch goli, a ponieważ dzięki dobrej postawie Józefa Młynarczyka dogrywka nie przyniosła trafień, o wszystkim decydowały rzuty karne. Młynarczyk obronił strzały Causio i Cabriniego. Mirosław Tłokiński i Andrzej Grębosz trafili z jedenastu metrów. Po nich do piłki podszedł Włodzimierz Smolarek. W tym miejscu znów warto odwołać się do kolejnej fenomenalnej książki reporterskiej. Jak pisze autor „Wielkiego Widzewa” Marek Wawrzynowski:

„Boniek widząc jego niepewność, polał mu głowę zimną wodą.

– Zapomnij, że są kibice. Masz pokonać Zoffa – powiedział młodemu piłkarzowi. Udało się. Za chwilę sam Boniek zadecydował o awansie. Nikt tak bardzo jak on nie zasłużył na tę bramkę. Zibi był zdecydowanym numerem 1 dwumeczu”.

W kolejnej rundzie rozgrywek Widzewiacy przegrali w dwumeczu aż 1:5 z angielskim Ipswich Town. Na szczęście wspaniałego i zwycięskiego boju z Juventusem nie ma prawa przyćmić nawet tak wysoka porażka.

Miejsce 1. 

Górnik Zabrze – AS Roma

Jeśli o wcześniej opisanych rywalizacjach powiemy, że są legendarne, co powiedzieć o tej? Bez wątpienia najważniejsza europejska rywalizacja polskiego klubu w historii. Trzy ekscytujące mecze, dwie dogrywki,  330 minut walki, osiem goli. A na koniec i tak zwycięzcę musiał wskazać ślepy los. Pierwsze spotkanie w Rzymie zakończyło się remisem 1:1. Podobno już po nim działacze obu klubów przeczuwając zacięty bój, uzgadniali miejsce trzeciego spotkania mającego zadecydować o tym, kto zagra w finale Pucharu Zdobywców Pucharów w sezonie 1969/70. Zanim do niego doszło piłkarze Romy przyjechali na rewanż do Chorzowa. Powitały ich ciekawe transparenty, często odnoszące się do legendarnego trenera rzymskiej ekipy Helenio Herrery. Hasła „Roma dla Górnika to marchew dla królika”, „Koniec kariery trenera Herrery”, czy „Nie pomoże i Herrera, Włochów weźmie dziś cholera” to tylko niektóre pomysły fanatyków, którzy tego dnia zasiedli na trybunach Stadionu Śląskiego w liczbie około 100 tysięcy. Górnik  uratował dogrywkę minutę przed końcem po wykorzystanym rzucie karnym przez Włodzimierza Lubańskiego.  W niej z kolei sekundy od odpadnięcia byli Włosi, ale bramka Scarattiego przesądziła o konieczności rozegrania kolejnego meczu. Na to wydarzenie oba zespoły przeniosły się do Strasbourga. Remis 1:1 sprawił, że o awansie do finału europejskiego pucharu nie przesądziły gole, podania i dryblingi, a rzucona przez sędziego moneta. Kiedy z telewizorów w milionach polskich domów popłynęło słynne, wykrzyczane przez Jana Ciszewskiego „Polska! Górnik! Sprawiedliwości stało się zadość!”, wiadomo było, że losowanie wygrał kapitan zabrzan Stanisław Oślizło i to Górnik pojechał do Wiednia na finał z Manchesterem City.