TOP 10 wydarzeń sportowych 2016

Po raz trzeci postarałem się wybrać dziesięć wydarzeń sportowych, które w danym roku najmocniej zapisały się w mojej pamięci. A był to rok zarywania nocy, do czego zmuszali startujący w Rio olimpijczycy i rywalizujący w Copa America piłkarze. W ogóle przedstawiciele futbolu mocno zaznaczyli swą obecność w tym zestawieniu. Nie mogło być inaczej, gdyż reprezentacja Polski wyszła z grupy na wielkim turnieju po trzydziestu latach, a po dwóch dekadach doczekaliśmy się obecności mistrza naszego kraju w Lidze Mistrzów. Ale nie tylko dzięki temu zapamiętałem ten rok. Wydarzeń, jak zwykle było całe mnóstwo i aż szkoda, że muszę ograniczyć się do dziesięciu.

10. miejsce

Finały europejskich pucharów

Wszyscy powoli zaczynaliśmy żegnać sezon klubowy, a nasze myśli wędrowały w kierunku mistrzostw Europy. Jednak za nim najlepsze reprezentacje kontynentu zjechały do Francji, w Bazylei i Mediolanie walczono o klubowe trofea. W Szwajcarii o miano najlepszej drużyny Ligi Europy rywalizowały Sevilla i Liverpool. Z jednej strony Grzegorz Krychowiak i jego zespół mający szansę na trzeci z rzędu tryumf w tych rozgrywkach. Naprzeciwko banda Jurgena Kloppa, człowieka, z którym chyba każdy chciałby pójść na piwo i nie kończyć na jednym kuflu. Dla mnie był to jeden z  tych meczów, podczas których czuje się rozdarcie w kibicowskim sercu. W końcu wypada trzymać kciuki za Polaka walczącego o tak prestiżowy tytuł, ale jednocześnie, patrząc na litery LFC i słuchając You’ll Never Walk Alone, człowiek czuje, że ma do czynienia z klubem, który stał się ważną częścią dzieciństwa , kształtował spojrzenie na futbol i nawet przyczynił się do jego pokochania. Ostatecznie to drużyna z Andaluzji była lepsza. Klopp przegrał drugi europejski puchar w karierze (wcześniej jako trener Borussi Dortmund musiał uznać wyższość Bayernu Monachium w Lidze Mistrzów), a Grzegorz Krychowiak rok po roku sięgnął po drugi co do ważności tytuł w europejskiej piłce. Niemniejsze emocje towarzyszyły walce o ten najważniejszy z klubowych pucharów. W finale Ligi Mistrzów na słynnym San Siro spotkały się dwie drużyny z Madrytu. Dwa sezony wcześniej Atletico straciło zwycięstwo na sekundy przed końcem i posypało się w dogrywce. Wówczas rywalem także był Real. Tym razem nawet dogrywka nie przyniosła rozstrzygnięcia. To rzuty karne wskazały tryumfatora, a ponieważ lepiej wykonywali je gracze Realu, to oni wyjechali z Włoch szczęśliwi. Zinedine Zidane nie mógł lepiej rozpocząć kariery trenerskiej, a Cristiano Ronaldo osiągnął pierwszy sukces w tym kapitalnym dla niego roku. To on wykonał decydującą jedenastkę i to na nim skupiła się radość kolegów. Jeszcze nie wiedział, że wkrótce na jego szyi zawiśnie kolejny złoty medal…

9. miejsce

Olimpijskie kwalifikacje siatkarzy

Polscy siatkarze mogli wywalczyć olimpijski awans już w 2015 roku podczas rozgrywek o Puchar Świata. Jednak na finiszu stracili na to szanse, zajmując ostatecznie trzecie miejsce, podczas gdy bilety do Rio zapewniały dwie pierwsze pozycje. Na szczęście bodaj najtrudniejszy turniej na świecie nie był ostatnią szansą. Kolejną stanowił rozgrywany w Niemczech turniej kwalifikacyjny z udziałem ośmiu europejskich ekip. I to tych ze ścisłej czołówki. Bezpośredni awans miał paść łupem wyłącznie zwycięzcy zawodów. Ci, którzy zajęli drugie i trzecie miejsce otrzymywali prawo walki na turnieju w Japonii, zaś pozostali żegnali się z olimpijskimi medalami. Turniej organizowany przez naszych zachodnich sąsiadów nazywany był „małymi Mistrzostwami Europy”. W rzeczywistości było całkiem inaczej. To były gigantyczne Mistrzostwa Europy. W turnieju zobaczyliśmy wszystko, co najlepsze w siatkówce. Był wysoki poziom, były emocje, była walka do końca. Na najwyższy poziom wrażeń weszliśmy podczas meczu o 3. miejsce. O zachowanie szans walczyliśmy z Niemcami i po ciężkiej pięciosetowej walce to nasi mistrzowie świata okazali się lepsi. Przez ten dziwny system kwalifikacji do Rio nie pojechali wspomniani Niemcy, czy Serbowie, którzy kilka miesięcy później wygrali rozgrywany w naszym kraju turniej finałowy Ligi Światowej. Najlepsi w Berlinie okazali się Rosjanie, a Polacy olimpijską przepustkę zdobyli w Japonii i również pojechali walczyć o medale w Brazylii.

8. miejsce

Podwójne zwycięstwo polskich skoczków w PŚ

To nie zdarza się często.  11 grudnia na skoczni w norweskim Lillehammer zawody Pucharu Świata w skokach narciarskich zostały zdominowane przez Polaków. Na najwyższym stopniu podium stanął Kamil Stoch. Tuż za nim znalazł się Maciej Kot. Dla Kota, który fenomenalnie radził sobie w letnim cyklu Grand Prix, było to pierwsze zimowe podium w karierze. Od czasu debiutu czekał długo, ale było warto. Także sporo liści z drzew spadło od ostatniego zwycięstwa Stocha. Podwójny mistrz olimpijski sprzed dwóch lat, po raz ostatni w PŚ tryumfował pod koniec stycznia 2015 roku w Willingen. Konkurs w Norwegii był zatem dla polskich kibiców okazją do długo wyczekiwanej radości. Ponadto tydzień wcześniej wspomniani bohaterowie wespół z Piotrem Żyłą i Dawidem Kubackim wygrali zawody drużynowe w niemieckim Klingenthal. Uzyskali przy tym ogromną przewagę nad rywalami. Pięknie zaczęła się dla nas ta zima.

7. miejsce

Mecz o szachowe mistrzostwo świata

To nieprawdopodobne jak bardzo popularne były szachy. Przynajmniej przez kilkanaście dni. Podczas gdy wiele osób w Polsce interesowało się walką Popka z Pudzianem, świat śledził zupełnie inny pojedynek. Od 11 do 30 listopada w Nowym Jorku miała miejsce umysłowa bitwa pomiędzy Norwegiem Magnusem Carlsenem a reprezentującym Rosję Siergiejem Kariakinem. Znów zaczęto rozmawiać o szachach, czytać o nich artykuły, a pewnie w wielu domach sporo osób wyciągało szachownice, by przesuwać po niej figury wspólnie ze znajomymi. Nawet timeline na Twitterze często w tym okresie zdominowany był przez szachy.  Miały miejsce momenty, kiedy szachownica potrafiła przyćmić nawet piłkarską murawę.  Sam pojedynek, nasycony także podtekstami politycznymi, był szalenie zażarty i długo trzeba było czekać na poznanie zwycięzcy. Ostatecznie to Norweg okazał się lepszy, broniąc tytułu najlepszego szachisty na świecie. Starsze pokolenia miały  pojedynki Kasparowa z Karpowem, młodsi mogli po latach fascynować się rywalizacją Carlsena z Kariakinem.

6. miejsce

Mistrzostwa Europy wygrane przez polskich lekkoatletów

To były dla nas piękne lekkoatletyczne dni. Polscy przedstawicie królowej sportu zdobyli w Amsterdamie aż dwanaście medali, dzięki czemu nasz kraj, po raz pierwszy w historii, zajął pierwsze miejsce w klasyfikacji medalowej tej imprezy. Po złote medale sięgali Adam Kszczot w biegu na 800 metrów, Robert Sobera w skoku o tyczce, Piotr Małachowski w rzucie dyskiem, Andżelika Cichocka, która okazała się najszybsza na 1500 metrów oraz Anita Włodarczyk i Paweł Fajdek, którzy w swoich kategoriach najdalej posyłali młot. Srebrne krążki padły łupem Marcina Lewandowskiego, który przegrał tylko z Kszczotem, Karola Hoffmanna rywalizującego w trójskoku, kulomiota Michała Haratyka, biegającej na 400 metrów przez płotki Joanny Linkiewicz oraz tworzących sztafetę 4×400 metrów Rafała Omelki, Kacpra Kozłowskiego, Łukasza Krawczuka i Jakuba Krzewiny.  Z brązu cieszył się młociarz Wojciech Nowicki. To nic, że ten europejski czempionat odbywał się w roku olimpijskim. Pierwsze miejsce w walce o medale tak prestiżowej imprezy to rzecz godna docenienia. W lipcu tego roku królowa sportu przywdziała biało-czerwone barwy.

5. miejsce

Mistrzostwa Europu piłkarzy ręcznych w Polsce

Najlepsi szczypiorniści Europy na początku roku zjechali do Polski w celu stoczenia walki o mistrzostwo kontynentu. To były dni przepełnione piłką ręczną. Przy obiedzie – piłka ręczna. Przy prasowaniu – piłka ręczna. Przy kolacji – piłka ręczna. W dyskusjach ze znajomymi – piłka ręczna. Nawet gdy człowiek był pochłonięty codziennymi obowiązkami, kątem oka spoglądał na polskie hale, w których europejskie gwiazdy produkowały dla nas emocje. Organizacja turnieju była chwalona na każdym kroku. Z telewizorów płynęły wypowiedzi zagranicznych kibiców z uśmiechem opowiadających o tym, jak podoba im się nasz kraj. Niestety to, co najważniejsze nie przyniosło nam radości. Bowiem wynik sportowy rozczarował. Przed własną publicznością celowaliśmy w medal. Skończyło się na siódmym miejscu. Najbardziej zapamiętamy szczęśliwie dla nas zakończony grupowy dreszczowiec z Serbią, niemniej emocjonujący bój z Macedonią  i zwycięski mecz z wielkim faworytem – Francją, również rozegrane na tym etapie. W fazie zasadniczej tak przyjemnie nie było. Nasz zespół zaczął ją od porażki z Norwegią. Nadzieja wróciła po zwycięstwie nad Białorusią. Ale ostatni fatalny występ z Chorwacją sprawił, że nasze medalowe nadzieje zostały brutalnie zniszczone. Chyba już nigdy nie dowiemy się, co się stało z naszymi szczypiornistami tego wieczoru, który miał być dla nas tak szczęśliwy.  Mogliśmy poczuć namiastkę tego, co przed dwoma laty poczuli Brazylijczycy po porażce swoich piłkarzy 1:7 z Niemcami w półfinale mundialu. Mecz o siódmą lokatę ze Szwecją tylko trochę poprawił nam humory. W zdecydowanie lepszych byli za to Niemcy, których drużyna zdobyła złoto, pewnie bijąc w finale Hiszpanię. Nie było oczekiwanego sukcesu, ale dwa tygodnie ze szczypiorniakiem upłynęły pod znakiem niezapomnianych wrażeń.

4. miejsce

Zwycięstwo Vive Tauronu Kielce w Lidze Mistrzów

I znów piłka ręczna. Kiedy trwały Mistrzostwa Europy, wydawało się, że w tym roku już nic większego w tej dyscyplinie wydarzyć się nie może. Jednak szczypiorniści Vive Tauronu Kielce postarali się, żeby było inaczej.  Sięgnęli po tytuł najlepszej klubowej drużyny w Europie. To było coś, czego mało kto się spodziewał. Oprócz mistrzów Polski, do Kolonii przyjechały węgierski Veszprem, francuskie PSG i niemieckie THW Kiel. Kielczanie mieli więc za rywali prawdziwe handballowe potęgi. W półfinale pokonali jednak przeciwników z Paryża. Możemy nazwać ten mecz emocjonującym, ale żeby zgodnie z rzeczywistością opisać finał, trzeba się sporo natrudzić. Chyba żadne słowa nie oddadzą tego jak wyglądał ten mecz. Wprawdzie polscy kibice są zaprawieni w bojach i przyzwyczajeni do takich spotkań. Widzieli „Rzut Siódmiaka”, o którym trzeba pisać w cudzysłowie i wielkimi literami, bo to już nazwa własna. Element popkultury. Freddie Mercury skomponował „Bohemian Rhapsody”, Francis Ford Coppola wyreżyserował „Ojca chrzestnego”, a Artur Siódmiak oddał w pamiętnym meczu z Norwegią rzut, który miliony jego rodaków wprawił w ekstazę. Z podwyższonym tętnem opowiadamy o meczu z Hiszpanią, której wyszarpaliśmy brązowy medal Mistrzostw Świata w Katarze. Ale to, co wydarzyło się 29 maja 2016 roku to jakiś kosmos. Rywalem kielczan było Veszprem. Węgrzy prowadzili już różnicą dziewięciu goli (!), a mimo to wypuścili tę przewagę z rąk (!!), choć wydawało się, że jest to równie realne jak wygrana kitowców nad wojownikami Power Rangers. Nadziei nie tracili chyba tylko podopieczni Talanta Dujszebajewa. Doprowadzili do dogrywki, a ponieważ dodatkowy czas nie przyniósł rozstrzygnięcia, o tym do czyich rąk trafi najcenniejszy puchar w klubowym szczypiorniaku zadecydowały rzuty karne. Lepiej wykonywali je nasi zawodnicy i to dla nich wystrzeliło konfetti. Mamy najlepszą klubową drużynę w Europie. I to po meczu, o którym można pisać książki. Oj, było się z czego cieszyć!

3. miejsce

Legia Warszawa w Lidze Mistrzów

Wiem, Legia nie wygrała Ligi Mistrzów w przeciwieństwie do herosów z Kielc. Ale udział futbolowych mistrzów Polski w najważniejszych klubowych rozgrywkach umieściłem w zestawieniu wyżej z dwóch powodów. Długo się nad tym zastanawiałem, ale ostatecznie przemówił fakt, że o ile wygraną kielczan w Kolonii można porównać do niezapomnianego filmu oglądanego w kinie, o tyle mecze Legii to wciągający bez reszty serial, na którego odcinki czeka się co dwa tygodnie z wielką niecierpliwością. Poza tym na piłkarską Ligę Mistrzów czekaliśmy w Polsce przerażająco długo. Gdyby brak awansu polskiego klubu do Champions League był człowiekiem, już od dwóch lat posiadałby dowód osobisty. Najpierw więc awans, na który nad Wisłą czekano przez dwie dekady. Nie był on wywalczony w porywającym stylu. Dwumecz z irlandzkim Dundalk przypominał podróż starym i zepsutym samochodem po wyboistych i dziurawych drogach. Ale skoro udało się dotrzeć do celu, należy się cieszyć. Tym bardziej, że trafiło się na bankiet, wcześniej zarezerwowany dla niemal wszystkich w Europie, tylko nie dla nas. Po pierwszym spotkaniu z Borussią wydawało się, że zwyczajnie na tym bankiecie nie pasujemy do towarzystwa. Kolejne dwa spotkania, najpierw w Lizbonie ze Sportingiem, a potem w Madrycie z Realem mogły nas utwierdzić w tym przekonaniu. Potem było już tylko lepiej, a nawet jeśli nie było lepiej – jak w Dortmundzie – to przynajmniej było kolorowo. Zremisowany spektakl z Królewskimi, wyszarpanie punktu mimo dwubramkowej przewagi obrońców Pucharu Europy to było jak sen. I to taki, którego nie jest w stanie przerwać nawet najgłośniejszy budzik. Następnie kolorowy, szalony, kosmiczny mecz na Signal Iduna Park. To były piłkarskie „Gwiezdne Wojny”. Takie coś zdarza się rzadko nawet na PlayStation. Dwanaście bramek, rekord Ligi Mistrzów, mecz przegrany wysoko, ale taki, o którym mówić i pisać będzie się jeszcze bardzo długo. I wreszcie bój o grę w Lidze Europy. Skromne zwycięstwo nad Sportingiem. Po laniu 0:6 od dortmundczyków nikt z pewnością nie przypuszczał, że ta przygoda skończy się w ten sposób. Po takich dawkach emocji, jakie dawały nam występy Legii, przyjemniejszy przebieg miała droga do pracy, do szkoły, czy na uczelnie. Teraz dalsza część przygody w dwumeczu z Ajaksem w Lidze Europy.

2. miejsce

Piłkarskie Mistrzostwa Europy

Co dwa lata przeżywamy wielki piłkarski turniej. Raz mundial, następnym razem Euro. Zawsze jest ciekawie. Zawsze zaniedbujemy obowiązki na rzecz rywalizacji drużyn narodowych. Jednak Mistrzostwa Europy we Francji różniły się od poprzednich imprez rozgrywanych w XXI wieku. W przeciwieństwie do nich, tym razem reprezentacja Polski wreszcie odniosła sukces. Podopieczni Adama Nawałki dostarczyli nam mnóstwo radości. Przed turniejem po ciuchu liczyłem na dobry wynik.  Z drugiej strony po ostatnich turniejach nie chciałem robić sobie dużej nadziei. Mając przed oczami dwa nieudane mundiale i tyle samo negatywnie zakończonych turniejów o mistrzostwo Europy, bałem się. Futbol w ostatnich latach tak brutalnie obchodził się z polskim kibicem, że nawet udane eliminacje, dobre wyniki i posiadanie w składzie króla strzelców Bundesligi nie mogły tego strachu zniwelować. Na szczęście kiedy zaczęła się gra, zaczynaliśmy zapominać o przeszłości. W fazie grupowej nasza drużyna nie straciła bramki. Zwycięstwa z Irlandią Północną i Ukrainą, a w międzyczasie remis z Niemcami dały nam pewny awans. W 1/8 finału przyszedł czas na wymianę ciosów ze Szwajcarią. Awans do najlepszej ósemki Polacy wystrzelali sobie rzutami karnymi. Ćwierćfinałowy mecz z Portugalią zaczęliśmy znakomicie, ale rywale wyrównali i tam również karne zadecydowały o tym dla kogo jest półfinał. Niestety tym razem to przeciwnicy lepiej kopali piłkę z jedenastu metrów i medal wielkiej imprezy odjechał nam w ostatnim momencie. Jednak można mówić o sukcesie. Nie o wielkim sukcesie, bo takim byłoby zdobycie medalu, ale o sukcesie, jakiego w ostatnich latach nie było, do jakiego w tym wieku polska piłka nie zbliżyła się. Karne, zarówno te wygrane ze Szwajcarią, jak i te przegrane z Portugalią wykraczają poza przeżycia sportowe. Oglądanie tych meczów wspólnie ze znajomymi będzie wspominane przy piwie, opowiadane młodszym, przywracające wspomnienia, działające na wyobraźnię. Zapamięta się miejsce, w którym się siedziało, kiedy nasi piłkarze tak heroicznie walczyli. Nawet zmarnowany rzut karny przez Jakuba Błaszczykowskiego nie przyniósł mu ujmy. To najlepiej świadczy o tym, jak ciężko pracował podczas tego Euro, jak wiele zrobił dla narodowych barw. Po mistrzostwach miała miejsce kolejna rzecz wskazująca na wzrost pozycji polskiego futbolu na świecie. Nasi piłkarze byli bowiem bohaterami głośnych transferów. Po Bartosza Kapustkę zgłosił się mistrz Anglii, Grzegorza Krychowiaka ściągnął najlepszy klub we Francji, a w innych czołowych zespołach z tego kraju znaleźli się Kamil Glik i Maciej Rybus. Arkadiusz Milik i Piotr Zieliński zadomowili się natomiast w Napoli, które aspiruje do zdetronizowania w walce o mistrzostwo Włoch wielkiego Juventusu. Oczywiście gra Polaków nie była jedyną rzeczą, dzięki której zapamiętałem francuski turniej. Szalone karne Niemców i Włochów, ambitna Italia odsyłająca do domu obrońców tytułu z Hiszpanii, rewelacyjna Islandia ośmieszająca Anglików i szalejący komentator  tego kraju. Ponadto sensacyjna Walia, bezradna Rosja, nadspodziewanie dobrze radząca sobie reprezentacja Węgier. I wreszcie niezapomniany finał. Z niespodziewaną wygraną Portugalii, kontuzją i łzami Cristiano Ronaldo i jego zachowaniem przy linii bocznej. W ciągu tych kilkudziesięciu minut gwiazdor Realu Madryt stał się człowiekiem, któremu współczuł każdy, kto posiada choćby odrobinę wrażliwości. Gdy schodził z boiska, można było poczuć się jak podczas oglądania sceny z „Króla Lwa”, w której umierał Mufasa. A gesty, przeżywanie, podpowiedzi i wspieranie zespołu tuż przy trenerze to prawdziwy majstersztyk. Na koniec gol Edera w dogrywce, pierwszy tryumf Portugalii na dużym turnieju i spełnienie CR7. Kapitalny akcent na zakończenie zmagań o tytuł najlepszej drużyny kontynentu.

1. miejsce

Igrzyska Olimpijskie w Rio

Pierwsze miejsce w zestawieniu bez dwóch zdań należy się Igrzyskom Olimpijskim w Rio. Tylko utwierdziły mnie one w przekonaniu jak piękną dziedziną życia jest sport. Godziny spędzone przed telewizorem, zarywane noce, każdego dnia piękne emocje. Chciało się chłonąć wszystko. Występy Polaków, gry zespołowe będące solą igrzysk, dyscypliny, które ogląda się od święta. To wszystko dostaliśmy w nieco ponad dwa tygodnie. Mimo wszystko bardzo trudne dwa tygodnie. Kiedyś przeczytałem opinię, że letnie igrzyska ze względu na dużą liczbę dyscyplin powinny trwać trzy tygodnie. Zupełnie się z tym nie zgadzam. Dodatkowy tydzień w przypadku zapaleńców rzadko spuszczających z oka olimpijskie areny, mógłby być rózgą dla zegara biologicznego. Zmęczenie igrzyskami dało o sobie znać choćby podczas finału turnieju piłkarskiego. Ostrzyłem sobie zęby na finał, chciałem zobaczyć jak największa piłkarska nacja pierwszy raz w historii zdobywa olimpijskie złoto. I to jeszcze w starciu z Niemcami (uwielbiam niemiecki futbol). Niestety w trakcie dogrywki kilka zarwanych nocy dało o sobie znać, w efekcie czego obudziłem się po zakończeniu rzutów karnych i ostatnim strzale Neymara. Mimo wszystko nie zapomnę nocnych bojów piłkarzy ręcznych, meczów naszych siatkarzy (to co tygrysy lubią najbardziej!), wieczornych sesji lekkoatletycznych,  sensacji na tenisowym korcie, wyczynów Michaela Phelpsa, polskich krążków, niezwykłych wyścigów kolarskich na trasie, która była dziełem sztuki, rozmów o igrzyskach przy ognisku. Reprezentacja Polski przywiozła  z Brazylii jedenaście medali. Wrażenie zrobiła Anita Włodarczyk, która oprócz złota, popisała się także rekordem świata. Jednak wszystkie medale były wspaniałe, okupione ciążka pracą sportowców i mające dużą wartość. W trakcie tych igrzysk pokochałem sport jeszcze bardziej, wpatrywałem się w odbijaną piłeczkę pingpongową z równie dużym zainteresowaniem, jak w wyczyny bijących rekordy pływaków. Pochłonęło mnie strzelectwo, w telewizji pokazywane mniej więcej raz na cztery lata. Podobało mi się wszystko. Było dużo polskich wpadek, jak niepowodzenia niektórych faworytów, doping sztangistów, czy niezgłoszenie do rywalizacji naszego pływaka. Ale ponieważ najczęściej pamięta się najlepsze rzeczy i po latach zwraca się uwagę na pozytywne strony, igrzyska w Rio zawsze będą przywoływać miłe wspomnienia. Nie ma piękniejszej imprezy. Warto dodać, że po zakończeniu igrzysk olimpijskich przyszedł czas na zmagania paraolimpijczyków. Ich starty też były wciągające i – przede wszystkim – bardzo radosne dla polskich kibiców oraz obfite w medale. To były piękne sportowe dni, do których będzie się chciało wracać przez wiele lat.

 


pubsport.pl