Tour de Ski prawie jak le Tour

Ogromne emocje wzbudza rywalizacja Justyny Kowalczyk z Marit Bjoergen w ramach Tour de Ski. Jeszcze przyjdzie czas by nad sprawą tych dwóch sportsmenek się porozpisywać. Pewnie tuż po zawsze mnie mocno pobudzającym Alpe Cermis. Dziś będzie o pewnym skojarzeniu, które nasunęło mi się podczas oglądania etapu wokół Dobbiaco. Za sprawą tytułu nietrudno zgadnąć, ze chodzi o kolarstwo.

Nie chodzi tu w żadnym razie o porównanie Polki i Norweżki do Andy’ego Schlecka i Alberto Contadora i ich rywalizacji z Tour de France 2010. Choć podobieństwa są większe niż sam fakt zaciekłej walki dwóch wielkich postaci swoich dyscyplin. To skojarzenie, choć zdecydowanie niebezpodstawne, było dopiero wtórne.

Zaczęło się od może czasem trochę nużącego, ale jakże charakterystycznego kolarstwu dźwięku trzepotania łopat helikoptera. Potem zobaczyłem ujęcie dwóch sylwetek na wąskiej ścieżce gdzieś w górach, w lesie i wszystko stało się jasne – słowo Tour uderzyło ze zdwojoną mocą.

Zdaję sobie sprawę, że w niektóre wzorce są zdarte z kolarstwa jasno i z publicznym tego ogłoszeniem. Bonifikaty na trasie. Czy ktoś ma wątpliwości co do ich atrakcyjności? Zważywszy na to, że mówi się o nich w kółko od wczoraj, należy traktować to pytanie jako retoryczne. Z resztą nikt z FISu nie przeczy że cała idea cyklu jest w pewnym stopniu na kolarstwie szosowym oparta.

Przede wszystkich chodzi jednak o ideę etapu skądś dokądś. Wprawdzie w tym roku zabrakło takie odcinka, ale pomysł podoba mi się niesamowicie. Zbudować taki cykl odcinkami, poruszając się w jakimś kierunku. W pewnym momencie już zacząłem sobie kombinować w głowie, które to sudeckie szlaki można by w taki projekt zaprząc.

Choć od razu nasuwa się kilka przeszkód. No bo jeśli zacząłem kombinować o szlakach, to trzeba by było je jednak w pewien sposób przygotować. Po to są ośrodki narciarstwa biegowego by uprawiać ten sport w najbardziej godziwych warunkach, jakie można sobie wyobrazić, a nie gdzieś na dziko. Tak też jest przyjemnie, ale to już się robi coś troszkę coś innego. Tym bardziej jeśli pod hasłem przygotowanie trasy rozumiemy także dokładne jej ośnieżenie.

Kilometraż – nie stanowi nawet wielkiego problemu to, że długości etapów majaczyłyby się od kilku do, powiedzmy trzydziestu kilometrów. Od jednej do drugiej miejscowości/ośrodka narciarskiego/znanego miejsca/jakiegoś szczytu zawsze się uda odpowiedniej długości trasę przygotować. Ale hotele? Może dla przeciętnego kibica nie robiłoby to różnicy w odbiorze tego tworzonego właśnie wyidealizowanego modelu cyklu, ale zawodnicy przejechaliby dwa-trzy etapy wracając codziennie do tego samego hotelu. Oczywiście nie mówię, że trzeba wystartować z miejsca, gdzie się dzień wcześniej skończyło. Ale nie róbmy transferów pokroju Oberhof-Alpy.

Kibice – w narciarstwie biegowym gromadzą się na stadionie, na ciekawszych punktach trasy, gdzie kilka razy przejeżdżają im przed oczami sportowcy. W kolarstwie wychodzą na ulice swoich miast. A ile miast, wiosek i osad przecięłaby taka trasa etapu „mojego Tour de Ski”? Z pewnością dałoby się wyznaczyć trasy mające spory potencjał kibicowski. Przynajmniej czasami. Czy zawsze? Skoro skrytykowałem długie transfery…

Zatrzymam się na razie w krytyce mojego abstrakcyjnego pomysłu i zwrócę uwagę na faktyczną sprawę. Sprinty na pewno dodaje efektowności całej imprezie, ale kilkudziesięciosekundowe różnicy na dystansie 1200 metrów? Bonifikaty – tak. Ale rozsądek także. Jeśli to mają być zawody dla tytanów i tytanek, jeśli ich esencją ma być mordercza wspinaczka, to niech taki bzdecik nie psuje sytuacji. Kilka dni temu odetchnęliśmy z wielką ulgą gdy nasza Justyna zdołała wskoczyć na trzecie miejsce w sprincie stylem dowolnym. Nie głupio by było przepaść w sprincie podczas tak morderczych zawodów? Byłoby. Therese Johaug pewnie jest głupio – gdyby nie 22. miejsce w wyżej wspomnianym biegu to pewnie jej sytuacja byłaby dziś zgoła lepsza. I sytuacji tej ta urocza zawodniczka jest zdecydowanie godna.

A może by tak odejść od zawodowstwa? Czyż takie zawody amatorskie – od miasta do wioski, od wioski do schroniska, nie byłyby piękne? Tryb przypuszczający jest tu pewnie zbędny, nie wierzę, że czegoś takiego gdzieś na świecie nie ma. Zamysł jest inny. Żebym ja o tym wiedział. I żeby wszyscy o tym wiedzieli. By zwycięzcy tych zawodów znali się znani. By w końcu… tak, tak. po kilku zdaniach wracam do rozważań w ramach zawodowstwa. Przecież to byłoby coś nad czym pochyliłby się niemały kawałek świata. Skoro teraz miliony śledzą Tour de Ski, a ja tu kreuję jego ulepszoną wersję…


pubsport.pl
Paweł Kazimierczyk

Wrocławianin, student Wydziału Mechanicznego Politechniki Wrocławskiej. W styczniu 2010 rozpocząłem prowadzenie bloga olimpijsko.blox.pl. Grudzień tegoż roku przyniósł mi zaproszenie do PubSportu, kolejna zima zaowocowała z kolei przeniesieniem bloga do serwisu naTemat.pl, gdzie można mnie znaleźć pod adresem pawelkazimierczyk.natemat.pl.
Pisuję o wielu dyscyplinach. Być może wygląda to tak, że myślę, że znam się na wszystkim, ale sądzę, że przeboleję taką opinię i będę robił swoje. Największe emocje wzbudzają we mnie zawody w których sportowcy występują pod barwami narodowymi, stąd też ogromna fascynacja imprezą jaką są Igrzyska Olimpijskie. Przy czym wobec tych wszystkich rozgrywek niemal zawsze w ślepej kibicowskiej naiwności wierzę w sukces tych pod biało-czerwonym sztandarem.

http://pawelkazimierczyk.natemat.pl