Trenerzy z Primera Division a sprawa a sprawa argentyńska

Ostatnio po sieci krąży artykuł o Polsce, rzekomo będący przedrukiem z jakiejś francuskiej gazety. Jego motyw przewodni stanowi ukazanie naszego kraju jako miejsca paradoksów, absurdów i sprzeczności. Prawdopodobnie średnio ogarnięty licealista takie „dzieło” stworzyłby o każdym kraju. W przypadku Argentyny musiałoby się zaczynać mniej więcej tak: Argentyna. Oto znajdujemy się w krainie absurdu, kraju mającym wystarczająco dużo świetnych piłkarzy, by stworzyć dwie drużyny walczące o mistrzostwo świata. W kraju, który od osiemnastu lat ponosi piłkarską klęskę za klęską…

Kryzys argentyńskiej piłki, który pomału można zacząć nazywać katastrofą, trwa w najlepsze, chociaż relatywnie mało osób ma tego świadomość. No bo weź tu przekonaj przeciętnego fana Premier League, Premiera Division, czy Serie A, że piłka z „kraju tanga” ma jakiekolwiek kłopoty. Kłopoty bogactwa jeśli już. Tydzień w tydzień piłkarze z tego południowoamerykańskiego państwa dostarczają całej Europie rozrywki na najwyższym poziomie. Są stałym gościem w naszych telewizorach – kibice piłkarscy przyzwyczaili się do ich obecności w najlepszych ligach jak gospodynie domowe do miłosnych podbojów Brooke z „Mody na  sukces”. Messi siedzi na ławce? Czujesz się jakoś dziwnie, podobnie, jak twoja babcia, kiedy Brooke przez 10 odcinków nie zaliczy żadnego Forestera. Ale nie  o miłości i nie o piłkarzach ten tekst.

Coraz częściej zawodnikom pokroju Messiego, Mascherano, Higuaina czy Banegi towarzyszą też argentyńscy trenerzy. Ponad dekadę temu, kiedy Mateusz Borek doznawał orgazmu gdy tylko piłkę przyjmował Raul Gonzalez Blanco, a autor tego tekstu, nie do końca wiedział, co to słówko na „o” znaczy, Hector Raul Cuper dwa razy z rzędu wprowadzał Valencię do finału Ligi Mistrzów. Udowodnił tym samym, że Argentyńczyk w garniturze, może mieć równie wielki wpływ na europejską piłkę jak Argentyńczyk w krótkich spodenkach i korkach. Do dziś na tamten szczyt nie wrócił, a prowadzonym ostatnio przez niego drużynom bliżej było do porażek z Jagiellonią Białystok niż wygranych z FC Barceloną. To jednak temat na inną dyskusję.

Po nim przyszli inni – po nie tak odległym zwolnieniu Cupera z Santander, bilans argentyńskich trenerów w Hiszpanii wyrównało Atletico zatrudniając Diego Simeone. Tym samy w Liga BBVA wciąż pracuje trzech „kołczów” z tego kraju. To liczna i silna grupa. Nie prowadzą Granady czy Stortingu Gijon, a uznane i zasłużone firmy. Wspomniany „Cholo” zaczął swoją przygodę z „Rojiblancos” od czterech punktów w dwóch meczach i bilansu bramkowego 3:0. Marcelo Bielsa od początku sezonu buduje silny klub w Bilbao, który właśnie po raz pierwszy awansował na miejsce premiowane grą w pucharach. Co raz częściej w „gugla” wpisywana jest też fraza Mauricio Pochettino. Espanyol pod jego wodzą urwał punkty Barcelonie i prezentuje się naprawdę przyzwoicie. Taką ocenę musimy wystawić jego drużynie, uwzględniając skład i budżet, przez które Espanyolowi bliżej do wygranych z Jagiellonią niż remisów z Barceloną. Oczywiście można powiedzieć, że to zwykły fart wzmocniony pomyłkami sędziego, ale to by było zbyt proste. Drużyna z Cornella-El Prat zagrała w tamtym meczu bez kompleksów. To był otwarty i bezkompromisowy futbol. Pochettino z graczy pokroju Jordiego Armata, czy Juana Forlina wyciska więcej niż na ten moment potrafią. Jasne, że przeważnie tylko w topowych meczach, ale zawsze to jakiś fundament.  Po 18 kolejkach Espanyol jest tylko o punkt za piątym w tabeli Bilbao Bielsy i dwa oczka przed dziesiątym Atletico Diego Simeone.

Każdy z nich ma swoje plany na przyszłość i marzenia. Pewnie chcieliby zaistnieć w europejskich pucharach, tak jak zaistniał ich poprzednik Cuper. Jeśli dostaną czas i odpowiednie pieniądze – są w stanie to osiągnąć. Ciekawi też, czy myślą o stołku selekcjonera reprezentacji Argentyny. Od dawien dawna najlepsi szkoleniowcy z tego kraju pracują na potęgę innych. Wspomniana trójka w najbliższych dwóch, trzech latach pewnie będzie piąć się w górę hierarchii, a potem? Potem kadra ich kraju pewnie będzie potrzebować pomocy jeszcze bardziej niż teraz. Długoterminowe prognozy raczej nie przewidują „wyżu” w postawie Albicelestes. Po kompromitacji na Copa America przyszedł nowy trener i kolejna kompromitacja – porażka w fatalnym stylu w meczu eliminacji Mistrzostw Świata z Wenezuelą. Oczywiście to jeszcze nic nie znaczy, ale daje do myślenia.

Czasem coś podpowiada mi, że przy takim związku jak AFA i takim prezesie jak Julio Grondona nawet najlepszy szkoleniowiec sobie nie poradzi. Don Julio lubi
„sprzedawać” mecze kadry w dziwne miejsca w najgorszych terminach. Zdarza mu się wysłać pierwszego trenera z trzecią drużyną na chałturę do Warszawy, trzy tygodnie przed mistrzostwami kontynentu, których jest gospodarzem. Innym razem załatwia sparingi z Wenezuelą w Indiach i Nigerią w Bangladeszu, będące jedyną okazją nowego selekcjonera do sprawdzenia się przed arcyważnymi kwalifikacjami. Dochodzi tam do kuriozalnych sytuacji, takich jak sędzia robiący fotkę Messiemu? Karuzela kręci się od 33 lat. Okazuje się, że prezes związku, nawet gorszy od Laty, może trwać na stołku ponad trzy dekady.

Z drugiej strony – to nie prezes biega po murawie, a piłkarze ustawieni przez trenera. Trójka, o której pisałem ma jeden ważny atut. Może warto wreszcie powierzyć reprezentację komuś, kto jest obyty w europejskiej piłce – tej obecnej, nie sprzed trzydziestu lat. Z całym szacunkiem dla południowoamerykańskich sukcesów Alejandro Sabelli, nawet wygrywając Copa Libertadores z Estudiantes La Plata nie musiał się co kilka dni martwić jaką taktykę wybrać na mecz z Barcą, Realem czy Valencią czy nawet Osasuną. Co więcej – teraz pracuje z grupą piłkarzy grających „po europejsku”, funkcjonujących w trochę innej rzeczywistości. Zdaje się, że to może stanowić pewną barierę, identycznie jak w przypadku jego poprzedników.

Żeby była jasność – nie zwalniam Sabelli po kilku średnio udanych meczach, nie kreuję też Pochettino czy Simeone na zbawców. Wiem, że są dopiero na początku drogi. Zastanawiam się tylko jakiej zmiany potrzebuje argentyńska reprezentacja, by zagrać na miarę swoich możliwości. Najważniejszy element układanki przecież mieli zawsze?


pubsport.pl
Damian Ślusarczyk

29 lat, wychowany pod Kielcami, mieszka w Manchesterze, PubSport.pl z małymi przerwami ogarnia od 8 lat. Stale udowadnia, że jest w stanie znaleźć „coś” ciekawego w każdej dyscyplinie sportu.
Obserwuj mnie na Twitterze

http://www.pubsport.pl/