Tydzień konesera

Postanowiłem zainicjować w tę niedzielę swoją nową rubrykę. W Tygodniu konesera będę w  większości  komentował wydarzenia sportowe. Napiszę o tym, co mnie zaskoczyło, poirytowało, co rozradowało, a co spotkało się z moją dezaprobatą. Czas, by zacząć nowy cykl artykułów. Znakomity, bo tydzień obfitował w wydarzenia sportowe o historycznym wręcz znaczeniu. 

***

W czwartek Kamil Stoch dał nam wiele radości. Po emocjonującym konkursie został Mistrzem Świata, dekadę po Adamie Małyszu. To piękne, że przejął schedę po Orle z Wisły, a skoki narciarskie w Polsce nie tracą na popularności. Jednak porównywanie Stocha do Małysza, co ma miejsce w mediach, jest na wyrost.

Kariera Adama to jednak inne czasy, inne realia. Małysz to ikona. Moim zdaniem stał się najpopularniejszym sportowcem Polski. Na takie miano złożyło się wiele czynników. Po pierwsze, była to postać nasza, swojska, by nie powiedzieć nawet plebejska postać. Chłopak z gór, dekarz, z wąsem, a dzięki marzeniom i ciężkiej pracy stał się jednym z najlepszych skoczków. Po drugie, Małysz góruje nad Stochem pod względem medialności. Stał się pierwszym sportowcem, o którym było aż tak głośno. Każdy chciał wiedzieć o nim niemal wszystko. Dziś pewnie połowa Polaków kojarzy Izę Małysz, bułkę z bananem i piosenkę Golców. Po trzecie, gdy skakał Adaś, rywalizacja była ciekawsza. W Schmitcie kochały się polskie nastolatki, a jego kompan z reprezentacji, Hannavald był ówczesnym odpowiednikiem Marit Bjoergen.  Fakt, że byli Niemcami też podsycał atmosferę. A przecież wtedy było wielu, wielu znakomitych i barwnych skoczków, nie to do dzisiaj. I przede wszystkim nie było wtedy tych idiotycznych przeliczników.

I to jest najbardziej wkurzające zjawisko w tym tygodniu. To wypacza rywalizacje, a wierutnym kłamstwem jest, iż owy przelicznik czyni skoki sprawiedliwszym sportem. Na domiar złego pojawiły się system, gdzie zawodnik (w porozumieniu z trenerem) może decydować, z której belki skacze. To mnie wbiło w fotel. Wykażę się ignorancją tej dyscypliny, ale nie mam miałem pojęcia, że takie coś istnieje. Na tych mistrzostwach przed skokiem widniał jakiś napis po angielsku, ale że z angielskiego jestem noga, to nie wiedziałem, czego to się tyczy. Gdy pan Szaranowicz o tym poinformował, westchnąłem tylko i przypomniałem sobie czasy Małysza. Bo Old is gold, jak brzmi tytuł płyty Muńka Staszczyka.

***

Wracając do MŚ w Predazzo, ponoć jest legenda, że nie dałem oglądać tacie i starszemu bratu tych zawodów, bo wolałem jakiś inny program. Do dziś nie potrafię zrozumieć owego ekscesu.

***

Pozostając przy MŚ w narciarstwie klasycznym, wspomnę o Justynie Kowalczyk. Bez wątpienia zaliczyła najsłabsze mistrzostwa od Liberca 2009. Pamiętam tamten czas. Nie było o niej wtedy głośno. Gdy byłem na feriach, zdobyła brąz na 10 km, a gdy wracałem, usłyszałem w radiu o jej złotym krążku. Ucieszyłem się wtedy nieziemsko. Końcówkę biegu łączonego, w którym rywalizowała z Kristin Sterią, pokazano w TVP Info. Ale już sobotni bieg na 30 km był w TVP 1. Wtedy Markowi Jóźwikowi towarzyszył Józef Łuszczek, który znakomicie prezentował się za mikrofonem. Naturszczyk, ekspert, kibic jak wszyscy, nienadęty przede wszytskim. Szkoda, że już nie komentuje. Podczas biegu na 30 km powiedział, że dobrze, iż żona dała mu tabletki na serce, bo by zawału dostał. Ale to taki niesportowy wtręt.

Justyna tamten bieg rozegrała świetnie, na ponad kilometr przed metą zostawiła rywalki z tyłu, nie dając im żadnych szans. Po tamtych wydarzeniach Norweżki zachorowały na astmę.  Według mnie ta rzekoma, czy rzeczywista astma nie ma wielkiego wpływu na rywalizacje. To tylko temat dla pismaków.

Co do srebrnego medalu – jestem trochę rozgoryczony. Porażka jest niewątpliwa, Bjoergen była lepsza. Po biegu, gdy emocje już opadły, obejrzałem kilkakrotnie końcowy kilometr. Kowalczyk i Bjoergen włączyły 5 bieg, Johaug zaś została. Ale na tzw. hopce Marit na chwilę włączyła 6 bieg i zajechała drogę Justynie, czego nie dało się odrobić. W wypowiedziach narciarki z Kasiny Wielkiej zauważyłem dozę optymizmu, ale jednak przegrała drugie mistrzostwa świata  z rzędu – można tak to ująć w dużym uproszczeniu.  Aleksander Wieretielny zżymał się na Kowalczyk, powiedział, że głowa nie wytrzymała, że nie zrealizowała taktyki, a szansa na złoto była. Justyna wieczorem sprostowała, iż trenerowi wyjaśni, co działo się na trasie i pan Werietielny nie będzie nic jej zarzucał. Jestem ciekaw, czy Kowalczyk mu coś wyjaśni, czy to tylko czcze obietnice. Jakiś zgrzyt jednak nastąpił. A tandem Wieretielny-Kowalczyk psuł nader rzadko albo w ogóle.

***

Irytuję mnie trochę, że postać Wieretielnego jest trochę za mało wyeksponowana. To jednak wielki szkoleniowiec, a pomimo tego postać dla laików anonimowa, a dla kibiców nie do końca znana. Przypominam sobie jego biografię i znowu polski pieprznik.

Od 1987 do 1998 pierwszy trener polskiej kadry biatlonistów. W 1995 jego podopieczny Tomasz Sikora zdobył złoty medal w biegu indywidualnym na 20 km podczas mistrzostw świata w biatlonie we włoskiej miejscowości Anterselva (Antholz). W 1997 roku sztafeta polskich biathlonistów, w składzie Wiesław Ziemianin, Jan Ziemianin, Wojciech Kozub, Tomasz Sikora, zdobyła brązowy medal na mistrzostwach świata w Osrblie. Zwolniony z powodu konfliktu personalnego z działaczami Polskiego Związku Biathlonu.

Odnosił wielkie sukcesy, nie tylko z wybitnym Tomaszem Sikorą, ale z całą reprezentacją. I co? Konflikty personalne. Aż krew człowieka zalewa. Jak Robert Błoński – dziennikarz sportowy Gazety Wyborczej – wyjaśnił mi, że Wieretielny nie dogadywał się z władzami biatlonu, a Tomasz Sikora nie chciał z nim współpracować. Trener za dużo wymagał. Na szczęście znalazł się w reprezentacji narciarskiej i już kilka lat święci z Justyną kolejne sukcesy.

***

Oglądałem jak co wtorek Kubę Wojewódzkiego i  w tym tygodniu świetny trafił my się gość – Robert Lewandowski. Bardzo korzystnie się zaprezentował, trochę za bardzo zachowawczo się wypowiadał, ale i tak zapulsował u mnie pod względem personalnym.  Łatwo wywnioskować, że to poukładany, ambitny, mądry chłopak. Szybko nauczył się niemieckiego, sodówka mu nie uderza, ma już od dawno narzeczoną. Wybryki pokroju Balotelliego mu nie grożą. A w sobotę z Hannoverem znowu pokazał klasę. Teraz można stawiać pytanie: co dalej, panie Robercie?  Transfer do innej drużyny wydaje się raczej przesądzony, bo Lewy nie dostanie tylu dutków, co niemieckie gwiazdy. Więcej od niego zarabia nawet Jakub Błaszczykowski, jak wynika ze Złotej Setki Super Expressu. W zeszłym roku byłem zdania, że Robert jest za słaby na ligę angielską. Sądziłem, że powinien zrobić krok wstecz, by następnie dwa do przodu. Ale teraz Robert jest gotowy na Premiership. W każdym klubie brytyjskim, może oprócz Manchesteru United, powinien wywalczyć miejsce w podstawowej  „11”.

W piątek czytałem wywiad w „PS” z Frankiem Millem, znakomitym niemieckim napastnikiem z lat 80 i 90, który ciekawie prawił o naszym Robercie. Mówił, że jest lepszy od Mandziukicia i Gomeza, i ogólnie go zachwalał, ale dostrzegł  bardzo ważną kwestię. W Dortmundzie cały zespół gra pod niego, natomiast w Bayernie czy innych zespołach istnieją przeróżne schematy. I to w tym aspekcie Robert traci trochę absolutnej czołówki napastników. Gdy zmieni klub, będzie musiał się dostosować do zgoła innych warunków. Ale poradzi sobie. Tak na koniec, wspomnę tylko, że Super Express wyliczył Lewandowskiemu za rok 2012 10 milionów złotych, a Kubie 12 milionów złotych.

***

Polskiej lidze nie poświęcę za dużo miejsca.  Nastąpiła powtórka z rozrywki po raz kolejny. Wydawało się, że Lech  będzie trzymał fason przez cały sezon, a tymczasem przegrał czwarty mecz z rzędu na własnym stadionie. Legia nie pokonała Bełchatowa, co zakrawa o kpinę, a miała według wielu żurnalistów skutecznie bić się o Ligę Mistrzów. Może i zdobędzie mistrzostwo, ale raczej po męczarniach i  indolencji rywali niż znakomitej grze. Skakałbym z radości, gdyby ligę wygrał jakiś biedniejszy klub – Górnik albo Polonia, co wcale nie jest mrzonką. A jak mówi Ewangelia: „Błogosławieni ubodzy w duchu, albowiem do nich należy Królestwo niebieskie”. Może pierwszego czerwca Polonia albo Górnik będą w piłkarskim niebie? Mnie taki układ pasuje.

***

El Clasico już tak nie elektryzuje. Real wygrał 2:1, ale boom na tę rywalizację przygasł. Z pojedynku Real (Mourinho) – Barcelona, który trwał kilka lat, zwycięsko nie wyszedł ostatecznie nikt. The Special One stracił miano cudotwórcy, już nie wywołuje u mnie – i u was pewnie też – tyle estymy, co przed przyjściem na Santiago Bernabeu. Już pewnie nikt nie przedstawi go jako papieża, jak czynili to kibice Interu. A Barcelona już nie jest tą Barceloną, co kiedyś. Real wydarł jej a to Puchar Króla, a to mistrzostwo, a wczoraj ją pokonał rezerwowym składem. Kibice oraz dziennikarze bardziej sceptycznie będą jej przyznawać tytuł drużyny wszechczasów i zespołu z kosmosu. W lidze hiszpańskiej czas na nowe rozdanie. Będąc przy Mourinho, warto wspomnieć, że doczekał się ulicy w rodzinnym mieście, Setubalu. W Rzeczpospolitej Weekend znalazłem ciekawy artykuł o nazewnictwie ulic na cześć piłkarzy. Nie będę się rozpisywał, bo to temat błahy, ale zastanawiam się, jak wygląda sytuacja w Polsce. Ja mieszkam w mieścinie, gdzie jest z 30 przecznic, więc doświadczenie mam ubogie. A jak wygląda sytuacja w większych miastach? Czy jest tam dużo ulic hołdujących sportowcom? W sieci znalazłem tylko pojedyncze informacje. A tymczasem prezentuję najciekawszy fragment wspomnianego tekstu :

Iniesta przy swojej ulicy mieszka. Dom znajduje się niemal w samym centrum Fuentealbilla, rozpoznać go łatwo: po herbie Barcelony i kolorystyce niektórych elementów, nawiązującej do barw katalońskiego klubu. Iniesta kupił w okolicy ziemię, ma tam winnice. Gdy w finale mundialu w RPA strzelił zwycięską bramkę, kibice krzyczeli, by nazwać jego imieniem nie jedną, ale wszystkie ulice.”


pubsport.pl
Bartosz Śliwicki
Uczeń gimnazjum, mieszkaniec Sompolna, fanatyk sportu. Lubi futbol w najwyższym wydaniu, ale nie gardzi biegami i skokami w zimę. Często ślęczy nad tenisem, namiętnie śledzi poczynania Radwańskiej i Janowicza. Pseudo-erudyta, nieokrzesany humanista, ministrant, ironista, leń i naczelny krytyk wszystkiego. Gustujący w refleksyjnych filmach oraz Depeche Mode. Żarliwy entuzjasta reportaży i Jerzego Pilcha.