Tydzień moim okiem (1)

Waszym oczom ukazuje się  podsumowanie minionego tygodnia.  Nie spodziewajcie się suchych faktów. Będzie to raczej luźny komentarz do niektórych wydarzeń z upływających siedmiu dni. GO!

Neymar w Barcelonie. Oficjalnie. Wielu jest takich, którzy twierdzą, iż brazylijska gwiazda w Europie nie będzie błyszczeć tak jasno jak w swoim kraju. Ja,  patrząc na jego umiejętności, dochodzę do wniosku, że łyknie Primera Division w bardzo szybkim tempie. Za dwa, trzy lata będzie laureatem Złotej Piłki. Wiem, że nie powinno oceniać się zawodnika na podstawie kilku obejrzanych  meczów  w reprezentacji Canarinhos i akcjach z You Tube. Absolutnie, zgadzam się. Tylko jeśli obejrzysz trzy akcje nowego gwiazdora Dumy Katalonii, już wiesz, że ten gość jest wielkim piłkarzem.  Najbardziej podoba mi się u niego to, że wszystko co robi z piłką jest zupełnie naturalne. Oglądasz w akcji Cristiano Ronaldo i widzisz w jego grze więcej mechanicznych ruchów,  ćwiczonych godzinami automatyzmów. Słyszysz o nim i mówisz: on jest niesamowity, wszystko co osiągnął zawdzięcza ciężkiej pracy. Profesjonalista pełną gębą. A gdy patrzysz na Neymara, zresztą tak jak na Ronaldinho, widzisz ogromną radość z gry tego chłopaka, mnóstwo niekonwencjonalnych, coraz to nowych pomysłów na ośmieszenie rywala. Tak, nie zwykłe ogranie. Ośmieszenie. W tym lubuje się nowy idol kibiców z Camp Nou.

Jego ogromnym atutem jest to, że przy fantastycznej technice użytkowej i umiejętności dryblingu, widzi na boisku bardzo dużo i nieobce są mu asysty. Obawiam się tylko tego,  że szatnia Barcelony może okazać się za ciasna dla Neymara i Messiego razem.

Tymczasem przenieśmy się Francji. Monaco, które w tym sezonie wywalczyło awans do Ligue 1, zbroi się dalej. Po Jamesie Rodriguezie i Joao Moutinho, za okrągłe 60 milinów euro pozyskało Falcao.  Dziwię się gościowi, że mając oferty z wielu europejskich potentatów, a w perspektywie Ligę Mistrzów, wybrał klub, który na futbolowej mapie w ostatnich latach znaczył niewiele. Wydaję mi się, że piłkarzem jest się nie tylko po to, by  zarabiać gruby hajs i smakować życia. Dla wielu marzeniem jest zdobywanie trofeów, strzelanie bramek w finałach Ligi Mistrzów czy Mistrzostw Świata. Widzieliście łzy szczęścia Arjena Robbena na Wembley? Czy beczał jak dziecko dlatego, że dostanie dodatkowe kilkaset tysięcy euro premii? Nie, spełniło się jedno z jego największych marzeń. Nieustannie dążył do swojego celu, ponosił klęski, ale nie poddawał się, aż wreszcie został bohaterem.  I zwyciężył. Takie obrazki są dla wielu o dużo cenniejsze niż comiesięczny przelew opiewający na x euro.   Falcao wykonał wyraźny skok na wielką kasę, a mówienie o rosnącej potędze klubu z Księstwa jest tylko marnym usprawiedliwieniem, bo minie jeszcze wiele lat zanim ten zespół zacznie święcić triumfy na europejskich salonach. A, no i piękna okolica jest w tym Monaco. Nie atakuję go, tak wybrał, widocznie futbol dla niego nie jest tak aż istotny jak to, co ma w portfelu. Przecież jak tu wyżyć za marne 10 mln euro rocznie, które miała do zaoferowania Chelsea. Tak, jestem naiwny i swojego podejścia nie zmienię.

Nowy beniaminek Ligue 1 ma gwiazdy, ale zawodnicy to nie wszystko. Potrzebny jest jeszcze gość, który będzie potrafił to wszystko poukładać i zawładnąć gwiazdami futbolu, które do słabszego zespołu przychodzą jako bogowie piłkarskiego wszechświata. Ileż to czasu potrzebował Manchester City, by zdobyć pierwsze mistrzostwo Anglii po wielkich zakupach szejka Mansoura? Odpowiedź wszyscy doskonale znamy: dużo, bardzo dużo czasu pełnego rozczarowań.

Piast Gliwice w europejskich pucharach. Ubolewam, że doszło do tego, iż w Kazachstanie czy Azerbejdżanie (no bo chyba nigdzie indziej) reprezentować nas będzie drużyna, której największymi gwiazdami są Tomasz Podgórski i Pavol Cicman. Znak czasów. Jednak na możliwość startu w LE zasłużyli znacznie bardziej niż  Wisła czy Górnik. Punktowali najregularniej, prezentowali się najsolidniej. Dobrze poukładany zespół, bez długów, z tym samym trenerem od trzech lat. Kibice z Gliwic jeszcze niedawno doznawali goryczy spadku z ekstraklasy. Teraz mają swój czas. Niech świętują. A że ich zespół odpadnie z Interem Baku czy innym Szachtiorem? Nie szkodzi, z Górnikiem byłoby bardzo podobnie.

Mourinho na Stamford Bridge, już na pewno. Coś co od kilku tygodni wydawało się nieuniknione, w minionym tygodniu stało się faktem niemal niepodważalnym, potwierdzonym przez oficjalną stronę Premier League. The Special One na Wyspach to były piękne czasy. Jego przepychanki słowne z Wengerem czy Benitezem, psychologiczne wojny z Sir Alexem. Bezgraniczna miłość do niebieskiej koszulki,  Terryego, Lampsa i Drogby. Jego chłopaków. Kłótnie z sędziami i konflikty z Football Assocation.

W Primera Division dziennikarze go już tak nie kochali. Tam nikt nie chciał walczyć z nim na konferencji prasowej. Tam liczyło się tylko boisko. Mourinho przerwał fatalną passę Realu w Lidze Mistrzów, po latach awansował do półfinału. Potem to powtórzył jeszcze dwukrotnie. Na jeden sezon kompletnie zdetronizował Barcelonę. Trzy sezony: trzy półfinały Ligi mistrzów, dwa wicemistrzostwa, jedno mistrzostwo. Mimo wszystko, taki układ to dla Mou wielkie rozczarowanie.

Jose wrócił do domu, czuje się tu znakomicie i sukcesy z Chelsea wydają się być kwestią czasu. Drużyna jest gotowa, praktycznie nie potrzebuje wzmocnień.

Wiele wskazuje na to, że od nowego sezonu Wisłę Kraków poprowadzi Franciszek Smuda. Prawie wszyscy postawili na nim krzyżyk, a sam trener jest nieprzerwanie obiektem kpin. A ja mówię, że on jeszcze wam wszystkim zamknie usta. Decyzja o wyjeździe do Ratyzbony była z lekka irracjonalna. Smuda zaczął pracę w nowym państwie, w nowych warunkach i świeżo po mistrzowskiej kompromitacji na Euro przejmując drużynę, która szansę na utrzymanie miała bardzo małe. Oczywiście Franz ich gry nie odmienił. O tym, co działo się na Euro wszyscy doskonale wiemy.

Ale ja przypominam, że w 2008 roku trzy czwarte Polski chciało Smudy na stanowisku selekcjonera. Sukcesy z Widzewem, Wisłą, wreszcie poznańskim Lechem nie były przypadkowe. Franek zawiódł jako selekcjoner, kompletnie się pogubił, zatracił, ale porażki na polu klubowym – poza wspomnianym epizodem w Niemczech – nie poniósł.

Jedynym problemem może być jakość piłkarzy, jakich przyjdzie mu prowadzić przy Reymonta. Ale tak wybrał (prawdopodobnie, nieoficjalnie), więc niech się z tym teraz męczy. Sądzę, że nie zawiedzie. Lepszy Smuda niż Kulawik czy Kaczmarek.


pubsport.pl
Daniel Flak
Mam czternaście lat. Uwielbiam sport, a w szczególności piłkę nożną, w której zakochałem się oglądając w telewizji Mistrzostwa Świata w Niemczech. Od tego czasu regularnie trenuje i gram w klubie, obecnie w Rakowie Częstochowa. Oprócz tego, wielką przyjemność sprawia mi pisanie o futbolu. W przyszłości chciałbym zostać dziennikarzem sportowym. Prowadzę bloga, na którego serdecznie zapraszam: http://daniel99.blox.pl/html
http://daniel99.blox.pl