Tydzień moim okiem (19)

Waszym oczom ukazuje się subiektywne podsumowanie minionego tygodnia. Nie spodziewajcie się suchych faktów.  Będzie to raczej luźny komentarz do niektórych wydarzeń z upływających siedmiu dni.

Fernando Torres po długich latach spędzonych na zagranicznych wojażach wrócił na stare śmieci. Ponownie pojawił się w klubie, który go wychował i ukształtował jako piłkarza. Teraz jest u siebie, w domu. O tym, jaką opinię ma w czerwonej części Madrytu najlepiej niech świadczy fakt, że podczas jego prezentacji na Calderon pojawiło się blisko czterdzieści tysięcy kibiców.

Przykład całej sportowej kariery El Nino jest żywym dowodem na to, jak wielką rolę w życiu piłkarza odgrywa głowa.  Gdy oglądałem kolejne przestrzelone setki, jakimi raczył nas podczas pobytu na Stamford Bridge, kiedy widziałem dziesiątki nieudanych dryblingów w czasie przygody na San Siro, nie mogłem uwierzyć, że to ten sam zawodnik, który parę lat wstecz rozrywał wszystkie siatki w Primera Division i Premier League. Przecież Torres dalej ma olbrzymie umiejętności, raz na jakiś czas zdarza mu się nawet je zaprezentować. To jest wciąż młody piłkarsko gość, który może bardzo wiele. Hiszpan zablokował się psychicznie, w jego umyśle coś ewidentnie nie gra. Nie zatracił techniki ani dynamiki, ale stawiam tezę, że utracił poczucie własnej wartości i pewność siebie, czyli aspekty wbrew pozorom niezbędne do gry na najwyższym poziomie.

Estadio Vicente Calderon, stadion, w którym przeżył tyle wspaniałych chwil, wydaje się idealnym miejscem do tego, by wreszcie się przełamać. Jak nie teraz, to już chyba nigdy. Zadebiutował w pucharowym starciu z Realem. Jakby nie patrzeć, dostał szanse w niezwykle prestiżowym meczu (abstrahując od nieobecności kilku podstawowych zawodników obu zespołów). Idealny scenariusz to bramka, która daje Atletico triumf, a Torresowi uczucie pewności. Niestety, rzeczywistość okazała się zgoła odmienna. Milion spalonych, sporo nieudanych zwodów i liczba udanych zagrań, które można by policzyć na palcach jednej ręki.

Być może jeszcze za wcześnie na powrót do dawnej dyspozycji. Trzeba poczekać. Torresowi poświęciłem tak obszerny fragment, ponieważ zawsze bardzo ceniłem go jako napastnika. Wierzę, że dalej jest w nim jakaś cząsteczka gościa, który w 2008 roku zajmował trzecie miejsce w głosowaniu na najlepszego piłkarza świata.

***

Szukała w Arabii Saudyjskiej. Nazwy klubu dokładnie nie pamiętam, nie będę się też trudził nad jej wyszukiwaniem, wszak zapewne nigdy mi się to nie przyda. I jak nie potrafiłem zrozumieć Mierzejewskiego, który pół roku temu przenosił się do Al – Nassr, o tyle decyzję Łukasza w stu procentach akceptuję. Mierzej był jedną z ważniejszych postaci Trabzonsporu, rozgrywającym o dużych umiejętnościach technicznych, w dodatku w kwiecie piłkarskiego wieku. Myślę, że bez najmniejszego problemu znalazłby angaż w średniaku Primera Division czy Ligue 1. Kasę też by dostał nie najgorszą, a i sam pewnie nie przestałby się rozwijać. Jego kariera klubowa wyglądała obiecująco, ale transfer do Arabii to dla niego krok wstecz.

Szukałę rozumiem. Gość ma 30 lat, w całej swojej przygodzie z piłką zaliczał wiele klubów z bardzo średniej półki i sądzę, że wielkiego majątku się nie dorobił. W Arabii czeka na niego wielka kasa, dorobi sobie na stare lata i jestem pewny, że niemal każdy z nas postąpiłby na miejscu Łukasza podobnie. Miejsca w reprezentacji też raczej z urzędu nie straci, bo i kto miałby go zastąpić? Cionek? Wasilewski? Wiecznie nieprzetestowany w warunkach bojowych Komorowski? Proszę was…

Co innego, gdy skok na kasę wykonuje 27 latek z dużymi perspektywami, a co innego kiedy na taki krok decyduje się gość, który w piłce nie osiągnął zbyt wiele, a liczy sobie już  trzydzieści wiosen. Wiem, że trzy lata to nieduża różnica. Ale dla mnie przypadki Mierzejewskiego i Szukały są zgoła odmienne.

***

Sporo działo się w Premier League. City, po długotrwałym pościgu, tydzień temu wreszcie zrównało się punktami z londyńską Chelsea. Wystarczyło siedem dni, by ekipa Mourinho ponownie odjechała rywalom z Etihad. Ci za sobotni remis z Evertonem obwiniać mogą tylko siebie. Manchester był lepszy o kilka klas. Widać, że chłopaki Pellegriniego byli w formie, a gra sprawiała im sporą frajdę. Ale, kurde, obawiam się, że w przypadku starcia z The Toffies owej zabawy było zdecydowanie zbyt wiele. Gdy pojawiała się idealna okazja do zakończenia akcji strzałem, gracze ofensywni City decydowali się na jeszcze jedno podanie, kolejną podcinkę, następną klepkę. Chcieli, żeby to wszystko wyglądało niesamowicie koronkowo. Uwielbiam takie rozegrania, przyjemnie się to oglądało, ale w większości przypadków na pewnym etapie akcji dużo lepsze efekty przyniosłoby wyczekiwane uderzenie na bramkę.

***

Wczoraj Barcelona zmierzyła się z Atletico. O tym spotkaniu nablogowałem już zresztą w tym miejscu. Dodam jeszcze tylko od siebie parę słów. Arbitrzy powinni sędziować tak, by mówiło się o nich jak najmniej. Jednak, jak wiemy, jednym z głównych bohaterów wczorajszego starcia była pan przebrany w całkiem gustowny  żółty strój, w ręce trzymający gwizdek, sprawnie poruszający się między zawodnikami. Mallenco sędziował dramatycznie i nie był to jego pierwszy tak kiepski występ. Zewsząd więc zaczynały napływać do mnie głosy, że „piłkarzy na tle Primera Division i Premier League, to może i mamy słabych, ale sędziami bijemy  ich na głowę”.  Ludzie, to jest inna liga, inny świat, dużo szybsze tempo i znacznie wyższa intensywność. W przykładowej Łęcznej, to i  ja mógłbym czasami pogwizdać.

***

Dzisiejszy dzień upłynął pod znakiem rozdania, można by rzec, „piłkarskich Oscarów”. Złota Piłka, moim zdaniem, trafiła na konto CR7 całkowicie zasłużenie. Wygrana w Lidze Mistrzów, 60 bramek, 22 asysty. Kosmita. Nagroda znalazła się w odpowiednich rękach.

Neuer ma za sobą wspaniały rok, a przy tym zasługuje  na miano człowieka, który zrewolucjonizował pozycję bramkarza. Jeszcze niedawno mało kto był w stanie wyobrazić sobie golkipera, który posiada technikę użytkową predysponującą go nawet do gry w polu, a przy tym raz po raz notującego skuteczne wyjścia na trzydziesty, czterdziesty metr od swojej bramki. W mojej opinii, Manuelowi zabrakło  jednego meczu o bardzo wysoką stawkę, który w pojedynkę by dla swojej drużyny wybronił. Po którym mówiono by głównie o nim i jego wspaniałych interwencjach. Zabrakło mu takiego Stambułu, jaki w 2006 roku miał Jerzy Dudek. Jasne, był doskonały występ z Algierią. Ale, mimo wszystko, to była tylko średnia drużyna z Czarnego Lądu…


pubsport.pl
Daniel Flak
Mam czternaście lat. Uwielbiam sport, a w szczególności piłkę nożną, w której zakochałem się oglądając w telewizji Mistrzostwa Świata w Niemczech. Od tego czasu regularnie trenuje i gram w klubie, obecnie w Rakowie Częstochowa. Oprócz tego, wielką przyjemność sprawia mi pisanie o futbolu. W przyszłości chciałbym zostać dziennikarzem sportowym. Prowadzę bloga, na którego serdecznie zapraszam: http://daniel99.blox.pl/html
http://daniel99.blox.pl