Tydzień moim okiem (7)

 Waszym oczom ukazuje się subiektywne podsumowanie minionego tygodnia.  Nie spodziewajcie się suchych faktów. Będzie to raczej luźny komentarz do niektórych wydarzeń z upływających siedmiu dni.

 

Lech wyruszył na podbój Litwy. Rywalem Żaligris czy jakoś tak. Pikuś. Bezproblemowy tryumf, to pewne. Rumak mógłby nawet wystawić rezerwy – i tak nasz Kolejorz zwycięży. Takie głosy chodziły po Internecie i piłkarskiej Polsce przed  konfrontacją w Wilnie. Rzeczywistość okazała się brutalna, a bezładna kopanina w stolicy Litwy boleśnie zweryfikowała umiejętności i podejście zawodników z Poznania. Z jednej strony powinienem napisać, że do tego typu kompromitacji powinniśmy się już przyzwyczajać, wszak podobnie wypadła Legia na tle zajmującego trzynastą pozycję w Norwegii Molde, tudzież gliwicki Piast, który przepadł w przedbiegach ulegając zespołowi z Azerbejdżanu.

Jednak dochodzę do wniosku, że klęski wcale nie są naszym przeznaczeniem. Tak naprawdę problem leży niekoniecznie w umiejętnościach, a w głowach naszych piłkarzy. Mianowicie, nie potrafimy grać, gdy jesteśmy postrzegani jako faworyt dwumeczu (broń Boże wyraźny faworyt). Po raz kolejny potwierdziła się prastara prawda, która głosi, iż nie mamy pojęcia o grze w ataku pozycyjnym. I tak Lech – pewny siebie i swojego bezpretensjonalnego triumfu –  wyszedł na Żalgiris. Okazało się, że na stojaka meczu wygrać się nie da. Na pięćdziesiąt procent to może sobie grać taka Barcelona w starciu z Lechią Gdańsk. A gdy piłkarze z Poznania poczuli, że mecz wyraźnie wymknął im się spod kontroli, nie potrafili zaskoczyć. Rywale zmusili ich do gry w ataku pozycyjnym, Lech próbował takowym grać, aczkolwiek nie zastosował żadnego elementu przyspieszenia i zaskoczenia. Stąd klęska. Litwinom wystarczyło tylko trochę dyscypliny taktycznej. Tyle.

Śląsk wyszedł na Brugge pewny tego, iż faworytem nie jest. Wyszedł z ogniem w oczach. Bez żadnej presji.  Był agresywny, dobry w odbiorze, szybki i skoncentrowany. To, jak się okazuje, wystarczyło na faworyzowanych Belgów. Jednak czuję,  iż w rewanżu na jaw wyjdzie polski minimalizm, wrocławianie zaczną defensywnie, a skończą – jak zwykle – ofensywnie, goniąc wyraźną przewagę Belgów. Nieskutecznie, rzecz jasna.

 

 

Wystarczy tych pucharów. W zeszłym tygodniu działy się o wiele przyjemniejsze rzeczy. Tak na przykład wspomniane między wierszami starcie Lechii z Barceloną. Co tu dużo mówić, super sprawa. Co z tego, że Barcelona tylko potruchtała, zrobiła sobie trening , i to nieszczególnie ciężki? To nieistotne. Ważne, że to było prawdziwe święto na trybunach. Ważne, że to spotkanie transmitowane było w stu trzydziestu krajach, które ujrzały, jak Lechia strzela bramki Dumie Katalonii. Ważne, że wiele polskich dzieci rzeczywiście ujrzało i dotknęło Leo Messiego. Ważne, że piłkarze Barcy zobaczyli swoich kibiców w Polsce. Ważne, że Polacy w koszulkach Blaugrany cieszyli się bramkami gdańskiej Lechii. Grzelczak zagrał mecz życia. Dobrze zaprezentował się Frankowski. Błysnął Bieniuk. Same pozytywy, naprawdę, oby więcej takich spotkań.

 

 

Paweł Brożek powrócił. I zagrał, we Wrocławiu, ze Śląskiem. Nie oczarował, bramki nie strzelił, ale jestem pewny, że się sprawdzi. To jest gość z instynktem strzeleckim, umiejętnością znalezienia się w odpowiednim miejscu w odpowiednim czasie. Bazuje na technice i szybkości. Umiejętności przez dwa i pół roku nie stracił, a szybkościowo też wygląda nie najgorzej. Gwarant dziesięciu goli w sezonie, jak nic.

A co samej Wisły, jest lepiej. Chłopaki Franka wreszcie wychodzą na mecz z ambicją, nastawieniem na prawdziwą walkę. Oczywiście w kwestii gry ofensywnej niewiele się zmieniło, wszakże wiślacy nadal mają problem z wymienieniem kilku podań na połowie przeciwnika, ale cieszy to, że przynajmniej się starają. Chcą. Efekty przyjdą.

 

 

Włosi mają pomysł, który już zdążyli wdrożyć w życie. Karą za zdjęcie koszulki podczas trwania zawodów będzie czerwona, a nie – jak do tej pory – żółta kartka. Kuriozum. Absurd. Kompletnie bezsensowny i nietrafiony pomysł. Czy to oznacza, że piłkarz grając ostatni mecz w danej drużynie nie będzie mógł zdjąć koszulki, by zaprezentować napis „jeszcze tu wrócę”? Czy piłkarz, który zdejmie koszulkę po zdobyciu bramki, by zaprezentować chociażby napis wspierający zmarłego kolegę, jak Iniesta w finale Mistrzostw Świata, zostanie wylany z boiska? Czy nie widzieliście czegoś fajnego w pozie Balotellego bez koszulki, którą potem wielu naśladowało? Co w tym złego? Żółta kartka – okej, ale czerwona? Na szczęście ten chory przepis na razie funkcjonować będzie tylko na boiskach włoskich, w Serie A czy niższych ligach.

 

 

 


pubsport.pl
Daniel Flak
Mam czternaście lat. Uwielbiam sport, a w szczególności piłkę nożną, w której zakochałem się oglądając w telewizji Mistrzostwa Świata w Niemczech. Od tego czasu regularnie trenuje i gram w klubie, obecnie w Rakowie Częstochowa. Oprócz tego, wielką przyjemność sprawia mi pisanie o futbolu. W przyszłości chciałbym zostać dziennikarzem sportowym. Prowadzę bloga, na którego serdecznie zapraszam: http://daniel99.blox.pl/html
http://daniel99.blox.pl