W dolinach też mocni

No, to nam się Copa America zaczął! Prawie dokładnie tak, jak sobie wymarzyłem. Zawsze mnie tylko zastanawia postawa komentatorów, którzy, choć są ekspertami, zachowują się, jakby byli kibicami czerpiącymi wiedzę o futbolu z periodyków pokroju Bravo Sport. Czy oni nigdy nie są sobie w stanie wyobrazić, że faworyt niekoniecznie musi łupać wszystkich siedmioma bramkami?

O Boliwijczykach cały czas można było usłyszeć, że potrafią grać tylko na dachach La Paz, więc szok po golu dla nich był niemały. Swoją drogą, to mieli być siermiężni rzeźnicy andyjscy, a Argentyńczycy to przecież wirtuozi. Co w takim razie sądzić o golu dla gości, przy którym Edvaldo pięknie, piętką skierował piłkę w stronę bramki (to co kochamy w Copa!), a Ever Banega nie potrafił przyjąć, nie potrafił wykopać, więc skończyło się golem? Przecież to on jest magikiem i gra w samej Valencii.

Co zwróciło jeszcze zwróciło moją uwagę podczas inauguracji Copa America 2011?

– Gdyby Marcelo Martins, napastnik Szachtara Donieck i największa gwiazda Boliwijczyków, w drugiej połowie nie zachował się fatalnie pod bramką, jestem pewny, że teraz byłbym w pełni szczęśliwy. Najpierw jednak, mijając w sytuacji sam na sam Sergio Romero, zapomniał, że bramkarz argentyński ma ręce, a później nie potrafił go przelobować. To była szansa na 2-0.

– Gol dla Argentyny. To był jeden z rzadkich momentów geniuszu Argentyńczyków w tym meczu. Błyskawiczna asysta Teveza… klatką piersiową i soczysty strzał Sergio Aguero. Zastanawia mnie tylko, dlaczego, skoro potrafią strzelać gole z taką lekkością, nie czynią tego częściej.

– Proszek. Nie wiem, czy to mąka, sypka kreda, wapno czy narkotyki, ale faktem jest, że sędzia rozsypywał na boisko biały proszek. Jak słusznie zauważyli komentatorzy, może wstając tej nocy byłem świadkiem rewolucji. Urugwajski arbiter rozsypywał to coś, by dokładnie oznaczyć miejsce, w którym ma się ustawić mur przy rzutach wolnych.

– 4 stopnie. Niby w geografii się orientuję i wiem, że jak tu lato, to tam zima. Ale i tak  niezmiernie mnie zdziwiło, że w Argentynie było dziś tak zimno.

– Hymny. Wykonanie boliwijskiego wprowadziło świetny, południowoamerykański nastrój. Trzech facetów w kapeluszach, grający na jakichś dziwnych instrumentach. To było świetne. Argentyńczycy mieli za to jakąś swoją lepszą Edytę Górniak, która zaśpiewała a capella. Ja tam wolę tradycyjnie, kiedy dobrze słychać śpiewających kibiców.

– Śpiewy Argentyńczyków. To musi być niesamowite przeżycie, grać przy tak melodyjnych trybunach. Na naszych stadionach też jest fajnie, ale, nie obraźcie się, melodie polskich kibiców nijak brzmią przy tych południowoamerykańskich.

Teraz śpimy, a potem snujemy się przez cały dzień, czekając na wieczorne podziwianie Kolumbijczyków.


pubsport.pl
Michał Trela

Kronika Beskidzka, Gazeta Wyborcza, SportSlaski.pl

http://trelik.blox.pl