Walka i emocje od połowy dystansu

„Dwa tygodnie oczekiwania i godzina nudy” – taki tytuł miałby ten wpis, gdyby wyścig na Marina Bay trwał 30 okrążeń. Jednakże po tym fragmencie zaczęło dziać się więcej – pojaiwł się samochód bezpieczeństwa, a walka na ulicach Singapuru było coraz bardziej zacięta. 

Początkowo, w dyskusjach ze znajomymi, nie dopuszczałem w ogóle myśli, że safety car nie będzie musiał wyjeżdżać. Gdzie jak gdzie, lecz na torze ulicznym takie prawdopodobieństwo jest znacznie większe niż na obiektach w pełni wyścigowych. Byłem nawet skłonny o zakład, że coś mocnego wydarzy się już na pierwszym okrążeniu, a tymczasem skończyło się na kilku wyjazdach poza tor. Po przejechaniu 1/3 dystansu wyścigu okazało się, że żadnego poważniejszego wypadku nie było, a ponadto wszyscy, którzy wystartowali, jechali dalej!

Ale tak nie mogło się skończyć. Żałuję, że maszyna zawiodła akurat Lewisa Hamiltona, gdyż nastawiałem się na wspaniały pojedynek z Sebastianem Vettelem. McLaren może zacząć mówić o jakimś pechu – w poprzedniej eliminacji, na Monzy auto rozkraczyło się Jensonowi Buttonowi. Paradoksalnie, koniec ścigania dla Mistrza Świata z 2008 roku był preludium do żywszej rywalizacji przy jupiterach w Singapurze. Ogłosił ją Narain Karthikeyan uroczyście, uderzając o ścianę i zwołując w ten sposób samochód bezpieczeństwa.

Kierowcy zaczęli się więc zbroić, czyli zjeżdżać do alei serwisowej po nowe komplety opon, aby po restarcie ostro ruszyć do boju. Niektórzy nawet ruszyli za ostro – patrz Michael Schumacher. W moim odczuciu Niemiec się zwyczajnie zagapił. Lecz trzeba przyznać, dzwon efektowny. Safety car mógł sobie zrobić pit stop i ponownie musiał ruszyć do przewodzenia stawki. Pozytywne w tym całym zajściu było zachowanie Jeana-Erica Vergne’a wobec siedmiokrotnego Mistrza Świata. Choć zbliżał się do niego, jakby chciał mu przyłożyć, przybił sobie z nim piątkę i sprawiał wrażenie, jakby nic się nie stało. Dla Schumiego jednak stało się, po wyścigu – dostał karę cofnięcia na starcie w GP Japonii o 10 miejsc. Cóź, kara moim zdaniem zasłużona, bo spowodował dość poważną kolizję. Jest szansa, że następnym razem nie zabraknie mu koncentracji.

Kiedy obserwowałem w akcji Felipe Massę, przypomniał mi się Robert Kubica z 2010 roku. Oczywiście zmierzam tutaj do manewrów wyprzedzania, których dokonywali w końcówkach wyścigów. Brazylijczyk miał sporo szczęścia w walce z Bruno Senną, ale ostatecznie wyszedł z niej zwycięsko (dobrze, że w ogóle wyszedł) i mógł dalej gonić przeciwników. Z kolei jego zespołowy partner, Fernando Alonso wykazał się dziś inteligencją oraz doświadczeniem i został wynagrodzony miejscem na podium. Hiszpan był w nieco przegranej sytuacji ze względu na pojawienie się samochodu bezpieczeństwa i musiał zaoszczędzić opony. Ta sztuka mu się udała, choć po restarcie wydawało się, że ma problem z dobrym tempem. Być może w ten sposób zrobił duży krok w stronę Mistrzostwa Świata…

Jednakże nie chciałbym, aby zapewnił go sobie zbyt szybko. Skoro mamy najlepszy sezon w historii, to niech on taki będzie do samego końca! Najlepiej by było, aby losy tytułu mistrzowskiego roztrzygnęły się jak przed czteroma laty, na ostatnich kilometrach ostatniego wyścigu. Żeby tak się stało, Fernando musiałby nieco obniżyć loty, a konkurencja podwyższyć. Jak widać na przykładzie McLarena, nie zawsze jest to zależne w pełni od zawodników…

Zwycięzcą nocnej jazdy po ulicach Singapuru został Sebastian Vettel i trzeba przyznać, że zasłużył na ten sukces. Przez cały weekend spisywał się znakomicie. Niewiele brakowało, a wygrałby dosłownie wszystko. Trzy treningi i wyścig padły jego łupem, a w kwalifikacjach do pole position zabrakło mu 0,6 sekundy, chociaż wydawało się, że osiąga niesamowite czasy. Ile radości dał mu dzisiejszy triumf świadczą jego łzy podczas dekoracji. Temu chłopakowi naprawdę strasznie zależało na zwycięstwie. Szkoda tylko, że Mark ostatecznie skończył bez punktów. Za wyprzedzenie Kobayashiego poza torem doliczono mu 20 sekund do czasu na mecie, przez co wypadł z punktowanej dziesiątki.

A teraz nastąpi akapit pochwał. Najpierw dla Paula Di Resty za dobry, równy występ w wyścigu i świetne miejsce. Nie narażał się na spektakularne manewry wyprzedzania, po prostu skorzystał na awariach Hamiltona i Maldonado. Ciepłe słowa kieryję również do Timo Glocka, dzięki któremu Marussia wskoczyła na 10. miejsce w klasyfikacji konstruktorów. Wprawdzie nie zdobył punktów, ale na mecie zameldował się jako dwunasty. Dla teamu to chyba największy sukces w jego historii…

Osobiście jestem za tym, aby skrócić dystans wyścigu. 50 okrążeń byłoby według mnie optymalnym rozwiązaniem. Weekend w Singapurze i tak jest męczący dla wszystkich, którzy na niego przyjeżdżają ze względu na klimat, różnicę czasową i sam fakt, że rywalizacja toczy się w nocy, przez co trzeba zmienić harmonogram postępowania. Ponadto, kierowcy muszą uważać bardziej niż zwykle, bo dookoła nie ma prawie w ogóle miejsca na wyjazd poza tor – wszedzie są ściany i bariery. Jakby tego było mało, można oddać głos oponom, które z pewnością poparłyby pomysł jazdy kilkunastu kółek mniej. W grę wchodzi jeszcze ewentualnie zamiana mieszanki supermiękkiej na pośrednią, ale na kwalifikacje ogumienie najbardziej przyczepne z możliwych mimo wszystko się przydaje.

Obawiałem się, że nie ze względu na mało ciekawą pierwszą połowę wyścigu, będę miał problem ze skleceniem tekstu. Na szczęście się udało, a moje pragnienie następnego wyścigu jest coraz większe. Budzik na kwalifikacje oraz wyścig w Japonii już mam ustawiony. Co z tego, że przez pół października będę wstawał najpóźniej o 07:30, skoro szykują się takie emocje!


pubsport.pl
Krzysztof Sędzicki
Uczeń I LO w Łodzi. Już jako przedszkolak oglądałem transmisje sportowe w telewizji. Kilka lat pograłem w koszykówkę, ale nie spodobała mi się i już pod koniec gimnazjum przerzuciłem się na amatorską odmianę siatkówki i skoku wzwyż. Pasjonuję się wieloma dyscyplinami, przede wszystkim piłką nożną, siatkówką, formułą 1 i skokami narciarskimi. Czasami lubię też pooglądać inne sporty, np. koszykówkę, biathlon, tenisa, snookera, darta... Nie ma tygodnia, żebym czegoś nie obejrzał! Tak, uznawaj mnie za sportowego maniaka! Dobrze mi z tym! W przyszłości chciałbym zostać dziennikarzem - komentatorem sportowym. Póki co, próbuję swoich sił na kilku frontach - na blogu (sedzik.blox.pl), tele-sport.pl, TakSięGra TV i właśnie tu, na Pubsport.pl, gdzie piszę artykuły, felietony, relacje i robię kilka rzeczy, których nie widać gołym okiem, gdzieś tam "za kulisami".
http://sedzik.blox.pl