Wciąż na fali wznoszącej…

Reprezentacja Polski ze swoich ostatnich osiemnastu spotkań przegrała tylko jedno – z mistrzami świata, Niemcami. Dzisiaj w okrojonym składzie pokonała Finlandię. Lecz nie sam fakt, a styl w jakim to zrobiła, budzi największe uznanie, a w przyszłość każe patrzeć ubierając okulary o jeszcze mocniejszym odcieniu różu.

Mniej więcej po trzecim golu naszych reprezentantów zaczęło docierać do mnie, co zbudował Adam Nawałka. Żyję na tym świecie siedemnaście lat, więc mało świadomie przeżyłem zwycięskie eliminacje Jerzego Engela. Kwalifikacje do mundialu w Niemczech kojarzę nieco lepiej, a awans do Euro 2008 pamiętam już bardzo dobrze. Oglądając kadrę przez te wszystkie lata, pamiętam wiele trudnych momentów. Meczów, po których ze złości nie mogłem zasnąć. Turniejów, które rozczarowały miliony Polaków. Mam przed oczami sparingi, które zwykle nie wzbudzały większych emocji, a jeśli już, to przeważnie negatywne. Wszyscy pamiętamy, że jeszcze niedawno, jeśli polska kadra miała rozgrywać mecz towarzyski, to w ciemno można było obstawiać, że spotkanie to nie wniesie nic dobrego. Przed oczami mam porażki z Litwą, Estonią czy Węgrami, które jeszcze niedawno były dziełem biało – czerwonych. Teraz, pod batutą Adama Nawałki, zawsze możemy spodziewać się emocji i pozytywów. Czechy odesłane do domu z bagażem kilku goli, rewelacja ostatnich lat, Islandia, także – i to bez większych problemów. W końcu zwycięstwo z Serbią. No i dzisiejsze 5:0 z Finlandią, która przy Polakach wyglądała  – z całym szacunkiem dla listonoszy, strażaków i prawników rodem z Tre Fiori lub innej „metropolii” – jak zespół amatorów z San Marino czy innego Gibraltaru.

Wiem, że to tylko sparingi, przeprawa przed poważniejszymi starciami. Nie przeceniam ich wagi. Ale kolejne zwycięstwa tylko sprawiają, że drużyna łapie dodatkowe pokłady pewności siebie i pozytywnej energii. To nie zaszkodzi, po naszych nieudanych przygodach na wielkich imprezach, żaden z piłkarzy nawet nie pomyśli o lekceważeniu Irlandii Północnej. Nawet wtedy, gdy w drodze na Euro pykniemy Holendrów. Polacy zaszczepili sobie gen zwyciężania, który z każdym kolejnym triumfem rośnie w siłę i się rozwija.

Dzisiaj Nawałka wypróbował wiele nowych rozwiązań. Od pierwszych minut swoją szansę otrzymał Filip Starzyński, do którego obecności w kadrze podchodziłem dotychczas bardzo sceptycznie. Filip po powrocie do Polski spisuje się bardzo dobrze, śmiało możnaby wręcz pokusić się o stwierdzenie, że ciągnie Zagłębie za uszy. Uwielbiam zawodników, których dominującymi cechami jest technika, umiejętność świetnego rozgrywania futbolówki, prostopadłe podanie. „Figo” jest właśnie takim typem zawodnika, ma kapitalny timing przy podawaniu piłki – zwykle robi to idealnie w tempo, widzi bardzo dużo, a to cechy, których nauka w niektórych przypadkach jest niemal niemożliwa. Z tym się rodzisz, to masz albo nie. Jednak mimo tych wszystkich zalet gracza z Lubina, uważałem, że zdecydowanie nie jest to piłkarz na poziom reprezentacyjny. Miewa za dużo przestojów w grze, podczas swojej przygody w Ruchu grał w kratkę, był zawodnikiem niezwykle chimerycznym (przypominam, że w Zagłębiu na razie nie gra zbyt długo).

Moglibyście więc rzec, że Starzyński swoją dzisiejszą postawą zamknął mi usta. Wspaniały gol i dwa kapitalne kluczowe podania przy bramkach – to jego bilans ze spotkania z Finami. No i z jednej strony, zaimponował mi, bo jego asysta do „Grosika” czy świetne uderzenie z lewej nogi były zagraniami najwyższych lotów. Jednak odwracając medal na drugą stronę, cały czas nie jestem do niego przekonany. No bo, po pierwsze, graliśmy z Finlandią, dominując przez pełne dziewięćdziesiąt minut w każdym aspekcie. No a po drugie, dalej miewał przestoje i zdarzały się momenty, gdy był zdecydowanie za mało widoczny. Poza tym, odnoszę wrażenie, że jest nieco zbyt delikatnym typem, by na poważnie traktować go  w walce o skład na „dziki” z Północnej Irlandii. Jego dynamika również stoi na bardzo przeciętnym poziomie i to być może jest główny powód tego, ze z Belgii wrócił z podkulonym ogonem.

Dwa słowa chciałbym też rzucić na temat wracającego do kadry z przytupem Pawła Wszołka. Strzelił dwa gole (a w zasadzie dwukrotnie dołożył nogę), dograł asystę, wszystko pięknie, ale proszę – nie traktujmy go jeszcze jako poważnego konkurenta dla Kuby Błaszczykowskiego i Kamila Grosickiego. Bo ja dalej widzę w nim gracza, który jako skrzydłowy nie potrafi na szybkości odjechać bocznemu obrońcy lub popisać się błysktotliwym dryblingiem. Piszę całkowicie subiektywnie,  może tak nawet nie wypada, ale boiskowe ruchy Pawła sprawiają, że do jego obecności na skrzydle pewnie nigdy w pełni się  nie przekonam.

Jednak zarówno Starzyński, jak i Wszołek mogą się czuć zwycięzcami zgrupowania. I chwała im za to, że dają kolejny powód do myślenia Adamowi Nawałce.

Obyśmy w tak pozytywnych nastrojach dotrwali do samego końca Mistrzostw Europy we Francji. Pompujmy balonik. Nie bójmy się myśleć pozytywnie. Uważam, że reprezentacja doszła do takiego punktu, że naprawdę wypada wierzyć, ba – powiem więcej – należy oczekiwać wyjścia z grupy na Euro. Obyśmy tylko jak zawsze nie zostali z hukiem sprowadzeni na ziemię…Wtedy już chyba na zawsze stracę wiarę w sukces kadry na wielkim turnieju. Ale na razie cieszmy się tym, jakiego potworka stworzył Adam Nawałka. Już wkrótce okaże się, czy dzieło byłego trenera Górnika Zabrze to tylko atrapa czy rzeczywiście prawdziwa bestia…

fot. PZPN/Łączy Nas Piłka

Daniel Flak
Mam czternaście lat. Uwielbiam sport, a w szczególności piłkę nożną, w której zakochałem się oglądając w telewizji Mistrzostwa Świata w Niemczech. Od tego czasu regularnie trenuje i gram w klubie, obecnie w Rakowie Częstochowa. Oprócz tego, wielką przyjemność sprawia mi pisanie o futbolu. W przyszłości chciałbym zostać dziennikarzem sportowym. Prowadzę bloga, na którego serdecznie zapraszam: http://daniel99.blox.pl/html
http://daniel99.blox.pl