Wehikuł czasu – zagraj mi to jeszcze raz…

I stało się. Podczas tak wyczekiwanej 5. kolejki Velux Champions League doszło do bezprecedensowego wydarzenia – mieliśmy okazję obejrzeć powtórkę obu półfinałów ubiegłego F4 w Kolonii. Vive Tauron Kielce zmierzyło się z Barceloną, zaś MVM Veszprem ugościł THW Kiel. Nic więc dziwnego, bo inaczej być nie może, że to właśnie te dwa spotkania, z urzędu, nakryły czapką całą resztę. Dziś w ogromnej mierze mowa będzie wyłącznie o nich, przewinie się również temat sędziów. Zaczynamy od Match of The Week – Tom Ó Brannagáin zawitał do stolicy Gór Świętokrzyskich.

Remis na własne(?) życzenie…

Mecz kolejki Ligi Mistrzów, mecz roku w Hali Legionów, a wydaje mi się, że mecz jakiego jeszcze Kielce nie widziały. Nie na co dzień bowiem, tu w Polsce, oglądać możemy wielką Barcelonę. Wydarzenie było tym większe, że wszyscy czuli, iż tą Barcę można było wreszcie pokonać. Przed meczem, w trakcie i nawet na sekundy przed końcem spotkania wszyscy wierzyli w historyczny sukces. Jak nie teraz, to kiedy – zdawał się jednogłośnie wołać żółto-biało-niebieski światek piłki ręcznej. Pytanie (na razie) bez odpowiedzi…

Spotkanie można podsumować w jednym zdaniu, można równie dobrze napisać o nim epopeję. To było świetne widowisko, spektakl najwyższych lotów. Było w nim wszystko, wyreżyserowane niczym w najznamienitszym teatrze. Wspaniała atmosfera, świetnie odegrana fabuła, nagły zwrot akcji i kulminacja emocji na zakończenie:

Już przed meczem czuć było, że to nie będzie zwykły pojedynek. Wypełniona po brzegi Hala Legionów, wspaniała oprawa kieleckich kibiców i doping już na rozgrzewce wprawił w osłupienie hiszpańskich gości. Potężna sektorówka oraz kartoniada tuż przed pierwszym gwizdkiem arbitrów odbiła się szerokim echem w handballowym świecie. Fani stworzyli wspaniałe preludium do właściwej części wieczoru, zawodnicy nie mieli wyboru, to musiał być fantastyczny mecz…

Obie ekipy już od pierwszych minut skupiły się na poczynaniach ofensywnych. I jedna i druga drużyna nie miała większych problemów z przedostaniem się pod bramkę rywala. Pierwsi swoje szyki obronne zacieśnili goście, którzy kierowani przez posyłającego raz po raz niemożliwe wręcz asysty Filipa Jichę szybko uzyskali nieznaczną przewagę (4:8, 10. min). Obraz gry odmieniło wejście Sławomira Szmala, który odbijając kilka piłek pozwolił wrócić do meczu kielczanom (11:11, 17. min). Gdy wydawało się, że Vive odnalazło swój rytm, trener kielczan zastosował tradycyjny system rotacji. Niestety, druga „siódemka” wypadła znacznie gorzej. Na czele z mnożącym błędy Denisem Bunticem gra żółto-biało-niebieskich wyglądała coraz gorzej. Na szczęście, Barcelona nie potrafiła w pełni wykorzystać słabości gospodarzy i do szatni oba zespoły schodziły przy wyniku 14:17.

Druga połowa przebiegała spokojnie do momentu, gdy Michał Jurecki włączył „terenowy”, zdobył trzy bramki z rzędu, a na tablicy wyników widniał rezultat 19:19 – remis. Na kwadrans przed końcem wciąż utrzymywał się status quo (22:22). Żadna z drużyn nawet na chwilę nie spuszczała z tonu, wynik wciąż był na styku. Gdy na pięć minut przed końcem  goście prowadzili 26:27 nikt nie mógł przewidzieć dramaturgii ostatnich sekund. Bramki Julena Aginagalde Ivana Cupica wyprowadziły Vive na pierwsze prowadzenie w meczu. Po chwili Marin Sego obronił karnego. Gdy „Dzidziuś” dołożył kolejne trafienie hala wybuchła – zwycięstwo było na wyciągnięcie ręki. Lecz wtedy stało się coś niewytłumaczalnego…

Barcelona wywalczyła rzut karny, do końca było 28 sekund, tym razem Lazarov pokonał Sego. Piłkę w swoich rękach mieli kielczanie, a do ostatniej syreny pozostało 13 sekund. Talant Dujszebajew wziął czas i wydawało się, że i tak już nic nie odbierze triumfu gospodarzom, kibice zaczęli już świętować. Feralną piłkę stracił jednak Zorman, który rzucając się na rywala powstrzymał kontratak. Słoweniec wyleciał z boiska, na zegarze 59:58 – dwie sekundy do końca. Pod naciskiem sztabu szkoleniowego Barcy delegaci cofnęli czas. Do końca pozostało cztery sekundy. Grający 4 na 7 w polu kielczanie (kary dla Lijewskiego oraz Zormana, a Blaugrana bez bramkarza) musieli jedynie przetrzymać cztery, długie sekundy. Entrerrios do Jichy, a ten popisał się kolejną fantastyczną asystą – Noddesbo na czystej pozycji. 30:30.

Swoją drogą, pierwszy raz widziałem, aby Barca po remisie cieszyła się niczym po zwycięstwie w finale LM. Triumfująca (!?) Blaugrana, smutne nastroje żółto-biało-niebieskich no i ci sędziowie. Na nich po meczu posypały się gromy…

Odchodząc od poziomu arbitrażu sobotniego starcia przez parę Nenad KrstićPeter Ljubić, który stał nie owijając w bawełnę, na bardzo niskim poziomie, przejdźmy do newralgicznego momentu. Oto kadr z ostatniej akcji spotkania – rzut na wagę remisu Jespera Noddesbo. Bramka została zdobyta w sposób ewidentnie nieprawidłowy. Znajdujący się w polu bramkowym Sigurdsson popełnił oczywisty błąd. Jest to wtargnięcie za linię szóstego metra i utrudnienie interwencji bramkarzowi. Czyniąc długą historię krótką – bramki nie ma. Słoweńcy podjęli jednak inną decyzję. Kontrowersji było wiele również we wcześniejszych fazach spotkania. Denerwowały głównie gwizdane z iście szwajcarską dokładnością faule ofensywne gospodarzy. 2-6 w podyktowanych rzutach karnych też mówią same za siebie. Inną sprawą jest fakt, że gdyby nie dziecinna strata Urosa Zormana trud i wysiłek jego rodaków zdałby się na marne. Nic nie odwróci dziś pomyłek arbitrów, a my możemy jedynie liczyć, że owa para nie zagości już na meczach z udziałem mistrzów Polski.

Ogrom emocji i nerwów udzielił się także zawodnikom i organizatorom. W chaosie związanym z ostatnią akcją przebiegały także pomeczowe procedury. Tumult na hali oraz (ujmując rzecz eufemistycznie) skromna wylewność zawodników Vive skutecznie utrudniła nagranie wartościowych wypowiedzi, przez co po chwili zrezygnowałem z używania dyktafonu. W krótkich słowach Krzysztof Lijewski odmówił komentarza pracy sędziów oraz przyznał, że cała drużyna liczyła na zwycięstwo. W podobnym tonie wypowiedział się Manuel Strlek. Chorwat niepocieszony był zmarnowanymi przez siebie rzutami na początku drugiej połowy. Zapewnił jednak, że taka jest piłka ręczna, a kolejnym razem będzie lepiej. W zupełnie innym tonie i innym nastroju wypowiadał się Victor Tomas. Dało się odczuć, że zawodnicy Barcy byli zadowoleni z końcowego rezultatu. Z kapitanem Blaugrany odbyłem spacer pod drzwi katalońskiej szatni podczas którego Hiszpan przyznał, że był to najcięższy mecz stoczony z Vive, o wiele trudniejszy od tych z Final4. Oddał szacunek kieleckiej publiczności, był również pod wielkim wrażeniem atmosfery już na rozgrzewce. Powiedział też, że ich naturalnym celem jest wygranie wszystkich trofeów w tym roku.

Remis w starciu z Barceloną jest powtórką z 2010 roku, kiedy to w Palau Blaugrana, padł remis 28:28. Wówczas taki wynik uznany został za ogromną sensację i sukces dla kieleckiego zespołu, dziś, właściwie sam już nie wiem…

Hegemon w swej twierdzy

Niemogącym pozostać bez echa spotkaniem była również powtórka z drugiego majowego półfinału LM. MVM Veszprem, u siebie, podjęło THW Kiel. Pojedynki obu ekip cieszą się w ostatnim czasie niezwykłą otoczką oraz zainteresowaniem. Przyznam, że wybranie meczu kolejki było nie lada wyzwaniem.

Veszprem w swojej hali jest prawdziwym dominatorem. W ciągu ostatnich 5 lat gospodarze na własnym terenie wygrali 31 z 33 spotkań! Jedynymi drużynami które wywiozły punkty z gorącego terenu na Węgrzech są Fuchse Berlin i… Vive Tauron Kielce! Zebry zamierzały dołączyć do tego grona.

Spotkanie stało na niesamowicie wysokim poziomie. Zarówno Madziarzy, jak i Kilończycy rzucili na szale wszystkie siły. Obie ekipy wyrywały sobie prowadzenie z rąk do rąk, palma pierwszeństwa co rusz zmieniała właściciela. Mimo problemów na prawym rozegraniu, znakomicie spisywał się nominalny skrzydłowy – Peter Gulyas. Po pewnym czasie wynik się ustabilizował. Veszprem prowadziło grę z jedno, dwu bramkową przewagą. Do przerwy 17:15 dla gospodarzy. Po zmianie stron obudził się Momir Ilic, a wśród Zebr dłużny nie pozostawał mu Domagoj Duvnjak. Chorwat próbował poderwać swój zespół, lecz powstrzymał go jego rodak – Mirko Alilovic. Bramkarz Veszprem nie pozostawił złudzeń rywalom i zapewnił zwycięstwo gospodarzom. Ostateczny rezultat 29:27 to głównie jego zasługa. Najlepszym strzelcem spotkania okazał się „Dule” Duvnjak. Warto zaznaczyć, że sędziowie tego spotkania spisali się na medal. Oscar Raluy Lopez-Angel Sabroso Ramirez poprowadzili mecz wzorcowo, choć spotkanie nie należało do najłatwiejszych.

Dzięki temu zwycięstwu Veszprem utrzymało passę zwycięstw nad niemiecką drużyną oraz umocniło się na pozycji lidera grupy A. Tuż za plecami Madziarów czają cię gracze P$G. W najbardziej interesującym polskich kibiców spotkaniu „płockiej” grupy Orlen Wisła Płock uległa ekipie z Zagrzebia 29:25. Do triumfu gospodarzy poprowadził Luka Stepancic. Co ciekawe po spotkaniu arbitrów spotkania mocno krytykował Manolo Cadenas. Hiszpan sugerował, że wypaczyli oni wynik rywalizacji. Po swojej trzeciej porażce Nafciarze zajmują 6. miejsce w tabeli. Za tydzień Wiślacy zmierzą się w Orlen Arenie z Flensburgiem, a szlagierowo zapowiada się starcie P$G z Veszprem o fotel lidera.

W grupie B poza remisem w Hali Legionów doszło do sensacyjnej porażki Vardaru Skopje (33:31). Macedończycy zostali rozstrzelani przez Lasse Andersona, który zaaplikował rywalom 10 trafień. Było to pierwsze zwycięstwo KIF’u Kolding oraz pierwsza porażka Vardaru. Ponadto Lwy z Mannheim na własnym parkiecie pokonały Pick Szeged 30:25, a Montpellier rozprawiło się z Kristianstad 30:26. W przyszły weekend hitowy pojedynek znów z udziałem mistrzów Polski. Czwarte w tabeli Vive pojedzie do liderów ze Skopje, zaś druga Barcelona ugości KIF. RNL uda się do Szwecji, a Pick Szeged podejmie Montpellier.

Za nami najbardziej emocjonująca kolejka z dotychczasowych. Dwa wielkie starcia były gwarantem świetnego widowiska. Liga Mistrzów nabiera rozpędu, a my razem z nią. Do zobaczenia za tydzień!

TERMINARZ I TABELE LM >>

Więcej moich prac również na portalu mim24.pl!


pubsport.pl