Wiara w kolorze złoto-brązowym

Piątek, 3 sierpnia – doczekaliśmy się dwóch złotych medali olimpijskich. A do tego jeszcze brąz heroicznie walczących wioślarek i Polska oszalała.

Zastanawiałem się o czym powinienem napisać, gdy trwa gorąca rywalizacja na olimpijskich arenach. Pokpić z Agnieszki Radwańskiej? Dziękuję bardzo, u mnie na blogu przyjdzie pora na tenisowe podsumowanie – inni póki co to modne zajęcie wykonują wzorowo. Ponarzekać na naszych sportowców? Nie, od tego mamy wybitnych specjalistów, do których ja się nie zaliczam, na szczęście.

Tak było jeszcze w piątek rano, gdy w sercu poczułem, że tego dnia będę płakał z radości i sypnęło aż trzema medalami, w tym dwoma złotymi (bardzo dobrze, że o jeden dzień wstrzymałem się z pisaniem tekstu o wszystkim i o niczym). Julia Michalska i Magdalena Fularczyk, których los nie oszczędzał, wydobyły z siebie resztki mocy i sięgnęły po brąz. Dziewczyny lubią brąz, ale w ich przypadku ten brąz smakuje jak złoto. Wojowników w spódnicy absolutnie nam nie brakuje i wioślarki są tego potwierdzeniem. Niesione skrzydłami determinacji, walcząc do ostatniej kropli krwi wyrwały te medale, których pragnęły najmocniej na świecie. Dogoniły własne marzenia na torze w Eaton zdobywając dla Polski jedyny na tych igrzyskach medal w wioślarstwie. Widok wyczerpanej Magdy, która płynęła na blokadzie (dzień przed finałem dopadł ją potworny ból pleców), którą na podium trzeba było zawieźć na wózku inwalidzkim, pokazuje ile czasem trzeba poświęcić, by znaleźć się w panteonie medalistów olimpijskich. A pani Magda płynęła też dla taty, który popychał ją i jej koleżankę do przodu z nieba. Mając tak ogromną wolę walki i do tego wsparcie z góry ten medal musiał zostać zdobyty.

Oczywiście nie wymagam od nikogo, by mdlał po swoim starcie, bo to dla nikogo nie jest przyjemny widok. Chcę, by każdy z olimpijczyków dał z siebie absolutnie wszystko, by w chwili, gdy ręce i nogi im już odpadają jeszcze wydali ostatnie sportowe tchnienie. By siłą woli jeszcze dali sobie nadzieję, że można odwrócić losy sportowej rywalizacji, uwierzyć, że można dokonać niemożliwego. Nie możemy mieć absolutnie pretensji do badmintonistów, którzy dali z siebie ile byli w stanie – najbardziej szkoda miksta Mateusiaka i Zięby, bo byli o jedną lotkę od półfinału, ale o nich złego słowa nie powiem. Podobnie jak choćby o Natalii Partyce (tenis stołowy), która swoim walecznym sercem skradła moje serce. Nie mam pretensji do kajakarzy górskich, którzy regularnie kwalifikowali się do finałów – szkoda, że nie urodził się z tego choćby jeden medal, ale widocznie nie przyszedł jeszcze czas na złote, srebrne bądź brązowe dziecko. W kajakarstwie górskim zakochałem się podczas igrzysk w Sydney, miałem to szczęście, że tam srebrny medal zdobyli Krzysztof Kołomański i Michał Staniszewski. Może w Rio znajdzie się ktoś, kto powtórzy ich wyczyn?

W piątek do Londynu wkroczyła dumnie królowa sportu i od razu wprawiła nas w euforię – oto Tomasz Majewski po raz drugi z rzędu zdobył złoty medal zostając pierwszym kulomiotem, który obronił tytuł od czasu Parry’ego Obriana (wieki temu, bo w Melbourne w 1956!). Złoty śmiech tego wielkiego posturą i sercem faceta był bezcenny. Uwielbiam Tomka nie tylko za to, jakim jest sportowcem, ale też za to jak pogodnym jest człowiekiem. Uwielbiam słuchać i czytać z nim wywiady, bo nigdy nie są przewidywalne i zawsze można się czymś mile zaskoczyć. Wierzę mocno, że tych medali lekkoatletów będzie jeszcze kilka – poza Majewskim mamy przecież młociarzy Szymona Ziółkowskiego (wielka szkoda Pawła Fajdka, którego chyba zjadła olimpijska trema) oraz Anitę Włodarczyk, tyczkarzy Annę Rogowską (Monika Pyrek niestety przepadła w eliminacjach) oraz Pawła Wojciechowskiego (wierzę, że wygra wyścig z czasem) i Łukasza Michalskiego, dyskobola Piotra Małachowskiego (jego kumpel Majewski zdobył medal, więc on nie będzie chciał być gorszy, a u niego im gorzej – kontuzje go nie omijają – tym lepiej) czy Adama Kszczota i Marcina Lewandowskiego w biegu na 800 metrów oraz chodziarza Grzegorza Sudoła.

W sobotni wieczór poznaliśmy najszybszą kobietę świata, została nią tak jak w Pekinie Shelly-Ann Fraser, a w niedzielę o 22:50 wielki finał biegu na 100 metrów mężczyzn i o panowanie powalczą najpewniej rodacy Shelly. Bolt czy Blake? W 2009 roku po fantastycznym finale na 100 metrów pisałem: „[…] chyba nikt nie wierzył, że Bolta można było pokonać. Musiałby popełnić dwa falstarty i sam się wyeliminować”. Tak też stało się dwa lata później na mistrzostwach świata w Daegu. Teraz już nie uważam, że Bolt musi popełnić dwa falstarty, by inni mogli sięgnąć po złoto. Ma wielkiego rywala w osobie rodaka Blake’a, choć dla mnie faworytem i tak pozostaje Bolt. Zapowiada się pasjonująca rywalizacja – w niedzielę tuż przed 23:00 polskiego czasu poznamy nowego nowego albo nowego starego mistrza olimpijskiego. I tyle wiemy jeszcze przed niedzielą, a na resztą pozostaje nam niecierpliwie czekać do tego magicznego wieczora, bo chyba nikt nie ma wątpliwości, że taki właśnie będzie. Ta niedziela będzie należała do sprinterów!

I na koniec zostawiłem sobie Adriana Zielińskiego, pierwszego polskiego złotego medalistę olimpijskiego w podnoszeniu ciężarów od czasu Zygmunta Smalcerza (Monachium 1972). Magdalena Fularczyk czuła wsparcie zmarłego taty, a Adrian mógł zadedykować medal zmarłemu przed rokiem trenerowi Ireneuszowi Chełmowskiemu. Niezwykle zdeterminowany, walczący z przeciwnościami losu (czytaj władzami Polskiego Związku Podnoszenia Ciężarów) Zieliński postawił wszystko na jedną kartę i wyszło, że miał rację – został gigantem! Udźwignął ciężar własnych marzeń, który na nim ciążył dosłownie i w przenośni i trafił do królestwa olimpijskich bohaterów.

Igrzyska rozpoczęły się dla nas znakomicie, bo już w ubiegłą sobotę srebrny medal w karabinie pneumatycznym zdobyła Sylwia Bogacka zostając pierwszą polską medalistką olimpijską w strzelectwie od czasu Renaty Mauer-Różańskiej. Na kolejne krążki nasi sportowcy kazali nam czekać długo – tyle, że w tym czasie nie startowali nasi faworyci, a co najwyżej kandydaci do sprawienia niespodzianek i nagle wiara w narodzie się obudziła, że teraz medal będzie gonił medal. Tak jak Sebastian Chmara apeluję o cierpliwość: ocenianie igrzysk w chwili, gdy one trwają jest po prostu nie fair. Bardzo delikatnie to pan Sebastian ujął. Ja powiem jeszcze inaczej: jesteśmy bezapelacyjnie mistrzami olimpijskimi w narzekaniu, tyle, że to absolutnie powodem do dumy nie jest. Gdy słuchałem i śpiewałem wczoraj Mazurka Dąbrowskiego (dwie zwrotki – nie wiem kto tak to wymyślił, ale brawa dla tego kogoś!) byłem dumny i ogromnie wzruszony. Gdy słuchałem wywiadu z Magdą Fularczyk i Julią Michalską najzwyczajniej w świecie się popłakałem. Dla takich chwil warto przeżyć igrzyska i dopingować naszych sportowców. Ale nie oczekujmy cudów, nie liczmy, że każdego dnia będziemy zdobywać medale, patrzmy trzeźwo na naszych sportowców i bawmy się ich występami. Traktowanie ich występów ze śmiertelną powagą tylko pogłębia naszą narodową depresję. Kibice powinni traktować igrzyska jako święto sportu, delektować się każdą chwilą i bawić się podziwiając występy największych z największych, ale także tych mniejszych, na co dzień niezauważanych. Ja nauczyłem się podchodzić do igrzysk, jako największej sportowej zabawy na świecie i dlatego czuję się bardzo dobrze, z każdym dniem coraz lepiej.


pubsport.pl
Łukasz Iwanek
Lubartów, w 2009 roku ukończył studia na kierunku Ekonomia. Od 2009 roku pracuje w portalu SportoweFakty.pl, najczęściej cytowanym serwisie internetowym. Pisze tam o tenisie, ale interesuje się też piłką nożną i wieloma innymi dyscyplinami, jak lekkoatletyka, siatkówka, pływanie czy sporty zimowe. Od 2007 roku prowadzi bloga Sportowa Publicystyka.
http://sportowapublicystyka.blox.pl