Wiejscy muezini

Chociaż nieczęsto daję temu wyraz, to musicie wiedzieć, że jestem stałym bywalcem bielskich i żywieckich lig regionalnych. Takie oderwanie się od wielkiego futbolu i przejście do futbolu pierwotnego, z maczugami i kamieniem łupanym, daje naprawdę ciekawy obraz rzeczywistości w skali mikro. Chociaż po boiskach biegają ukryte talenty, przebrzmiałe talenty i beztalencia to poziom meczów często odbiega od tego, który zaszczycać można nazwą piłka nożna. Przyczyny? Słabe wyszkolenie piłkarzy? Tak, ale to nie wszystko. Nierówne boiska? Niekoniecznie. Brak kibiców? Nieee. A więc co? Brak trenerów.

Praktycznie każda drużyna ma kogoś, kto figuruje jako trener. Czasem nawet ten ktoś prowadzi zajęcia. I nawet podpowiada. Ale zazwyczaj jest tylko krzykaczem.

Gdyby Guardiola przy każdym ruchu Messiego krzyczał: „W prawo! W lewo biegnij! Podaj na drugą! Biegnij! Strzelaj! Czemu strzelałeś, jak miałeś podać na drugą?! Leuś, dlaczego ty mi to robisz?! Ty się boisz grać! No, ale Leo, powiedz czemu tak zagrałeś! No czemu mi nie mówisz… Masz problemy w domu?”,no, to gdyby Guardiola tak krzyczał to Messi nic by nie zrobił, tylko zdławił w sobie złość. Ale gdyby tak krzyczał do Zidane’a, Cantony czy Vinny’ego Jonesa, to by tego meczu nie dotrwał do końca w jednym kawałku. Piłkarze otrzymują w jednej sekundzie tysiąc sprzecznych komend. Oprócz trenera, który chciałby zawładnąć każdym ruchem swoich piłkarzy, zawodnikowi podpowiadają koledzy z drużyny i siedzący na trybunach sąsiedzi. Nikt by nie kopnął prosto piłki w takich warunkach.

Zapomniałem dodać, że ideał zagrania według takiego trenera to długi wykop (tu powinno paść inne, bardziej dosadne słowo oznaczające wybicie piłki przed siebie) z zamkniętymi oczami, w dowolnym kierunku, byle do przodu. Wtedy można usłyszeć „Bardzo ładnie, brawo”.

Za wyjątkiem piłkarzy uczących się od razu grać w szkółkach wielkich klubów, każdy musi przejść przez ligi regionalne. Szczerze mówiąc, ja się już nie dziwię, że na meczach ekstraklasy, I ligi czy reprezentacji piłka częściej fruwa w przestworzach niż kula się po ziemi. I proszę mi nie mówić, że to kwestia nierównych boisk, bo to mit. Są oczywiście murawy, na których pies złamałby nogę, ale są też stoły bilardowe, na których gra również wygląda bardziej jak badminton, niż jak bilard.

Jestem niemal pewny, że gdyby trener zamilkł, przyszył język do podniebienia i nie mógł podpowiadać, zdecydowanie bardziej pomógłby drużynie. Funkcjonuje jednak mit, że dobry trener, to taki, co „gra ze swoją drużyną”. A ta gra polega na darciu mordy, machaniu rękami i rzucaniu bidonami. Myślicie, że zespołowi, który potrzebuje uspokoić grę coś takiego pomoże?

Dlatego piłkarz lig regionalnych jest dla mnie bohaterem. Tyra cały tydzień, po robocie chodzi na treningi i wylewa siódme poty. W weekend tłucze się „bele czym” do sąsiedniej wioski, by rozegrać arcyważne derbowe spotkanie. Nie dość, że umiejętności nie pozwalają mu zagrać tego, co sobie wymarzył, to jeszcze trener drze się nad nim w niebogłosy (najgorzej, jak gra na skrzydle i przez jedną połowę biega przy linii), rywale kopią po kościach, a sąsiad śmieje się z niego, że nie gra tak, jak piłkarze w telewizji. Pozytyw jest jeden. Jeśli jakimś cudem przebije się do wyższej ligi, do presji jest już przyzwyczajony, a i szansa na trenera, a nie krzykacza, jakoś tak jakby większa.


pubsport.pl
Michał Trela
Kronika Beskidzka, Gazeta Wyborcza, SportSlaski.pl
http://trelik.blox.pl