Wilamowice ? where amazing happens

Z całej masy meczów rozgrywanych co tydzień w polskich ligach regionalnych, ciężko wyłowić perełkę, trafić w miejsce, gdzie naprawdę dzieje się coś ciekawego. Chciałbym opowiedzieć wam o Wilamowiczance Wilamowice. Ta drużyna, ze wsi znanej z tego, że żyją w niej Flamandowie, jest liderem bielskiej A klasy i mogę śmiało w odniesieniu do niej przekształcić słynne hasło ligi NBA – Wilamowice – where amazing happens.

Pierwszy raz oglądałem Wilamowiczankę w czerwcu. Były dwie kolejki do końca A klasy. Do Wilamowic przyjeżdżał Halny Kalna, lider rozgrywek, który w przypadku zwycięstwa miał awansować po raz pierwszy w historii do okręgówki. Początkowo było zgodnie z planem i po pierwszej połowie 1-0 prowadziła Kalna. W przerwie rozmawiałem z Maciejem Sordylem, stoperem gospodarzy, który zapewniał mnie, że Wilamowice ten mecz wygrają. – Wystarczy, że Natanek strzeli dwa gole – twierdził. Dominik Natanek to średniego wzrostu napastnik. Przed meczem widziałem go stojącego z papieroskiem, kiedy mówił do jednego z rywali, że „jeszcze nie zaczyna rozgrzewki, bo jak za dużo pobiega, to potem nie będzie miał sił”. To sprawiło, że już na wstępie miałem o Wilamowiczance jak najgorsze wyobrażenie.

Przepowiednia Sordyla zaczęła się sprawdzać tuż po przerwie – Natanek płaskim uderzeniem nie dał szans bramkarzowi Halnego. Kiedy jednak na 20 minut przed końcem Kalna wyszła ponownie na prowadzenie, przyjezdni zaczęli wokół boiska znosić schłodzone uprzednio butelki szampanów. Tymczasem w 91. (!) minucie, w niegroźnej sytuacji, golkiper Halnego wypuścił piłkę po lekkim, niegroźnym strzale i do bramki wbił ją Sordyl. Goście byli niepocieszeni, ale mecz jeszcze trwał. W ostatniej minucie doliczonego czasu gry piłkę 25 metrów od bramki ustawił Natanek. Huknął idealnie, w samo okienko i Wilamowice wygrały 3-2! Cóż to był za widok, ci faceci smutno pijący tego gorzkiego szampana. Ostatecznie jednak Kalna uzyskała awans kolejkę później.

Ja tymczasem tkwiłem pod wrażeniem Natanka. Co to za gość gra w tych Wilamowicach?! Szukałem, sprawdzałem, rozmawiałem z nim i jego historia jest już dla mnie pełna. Wiosną zdobył 19 goli w dziewięciu meczach, zdobywał bramkę średnio co 42 minuty. Takiej średniej nie powstydziłby się Gerd Mueller. W trampkarzach grał na prawej obronie, ale goli i tak strzelał co niemiara dla Zapory Wapienica. Razem z nim wychowali się tam Grzegorz Pilch (później Arka Gdynia) i Bartosz Woźniak (Jastrzębie i Podbeskidzie). Wypatrzył go BKS Stal, w którym grał przez 4 lata. Miał ofertę z Podbeskidzia, grał w sparingu, bielszczanie byli nim zainteresowani, ale kazano mu czekać, bo… miało wówczas dojść do fuzji obu bielskich klubów. Nic z tego, jak wiadomo, nie wyszło. Nie udało się też przejść do Zagłębia Sosnowiec. Z jednym z trenerów BKS-u nie układało mu się, wrócił więc do Zapory, gdzie w jednym sezonie strzelił 44 (!) bramki. Miał też epizody w Świcie Cięcina i Skałce Żabnica. – Im bliżej Żywca tym gorzej mi idzie – twierdzi. Obecnie jest przedstawicielem handlowym, podróżuje po Polsce i dlatego rzadko uczestniczy w treningach. Przyjeżdża tylko na mecze. Aż strach pomyśleć ile goli strzelałby, gdyby poświęcił się tylko piłce.

Drugi raz byłem w Wilamowicach w poprzedni weekend. Wilamowiczanka, już jako lider, podejmowała wicelidera, Zaporę Wapienica. Gospodarze wygrali 6-2, Natanek strzelił oczywiście gola, ale został też wyrzucony z boiska w absurdalnych okolicznościach. Rywal wypchnął go poza linię końcową. Piłkarz podniósł się i wrócił na murawę, za co sędzia pokazał mu żółtą kartkę, twierdząc, że do powrotu była wymagana jego zgoda. Natanek krótko przedstawił mu swój punkt widzenia, co skutkowało drugim upomnieniem. Ogółem arbiter pokazał w tym meczu aż 13 żółtych i 3 czerwone kartki. Ciekawie było zwłaszcza w ostatniej minucie, gdy Przemysław Łoś tak zakręcił piłkę z rożnego, że ta wpadła bezpośrednio do bramki! Rozumiecie, w siódmej lidze facet strzela gola prosto z rogu?! I wcale nie było wiatru. Kiedy wilamowiczanie się cieszyli, wspomniany na początku Maciej Sordyl darł się na sędziego. Koledzy uspokajali go, mówiąc, że przecież piłka jest w bramce. On jednak dalej wrzeszczał, za co wyleciał z boiska. Okazało się, że rywal… napluł mu do ucha.

Wszystkie drużyny regionu, jakie widziałem, mają prostą filozofię gry. Wykopać ile Bozia dała, biec ile Bozia dała i strzelić ile Bozia dała. Wilamowiczanka się wyróżnia. Nie gra może jak Barcelona, ale przynajmniej się stara. Dużo podań po ziemi, szybkie wymiany piłki, gra na małej przestrzeni, z klepki. Ogląda się ich świetnie i wiadomo, że w Wilamowicach zawsze zdarzy się coś niezwykłego.


pubsport.pl
Michał Trela
Kronika Beskidzka, Gazeta Wyborcza, SportSlaski.pl
http://trelik.blox.pl