Wisła odpłynęła, Legła Warszawa… – jedna wielka porażka w LE

Historia pt. „polskie kluby w europejskich pucharach – sezon 2011/2012” dobiegła końca. Wydaje mi się, że nawet nieco zbyt szybko, mogła trwać trochę więcej. Zwłaszcza, że zarówno Wisła, jak i Legia były blisko sukcesu. Chyba właśnie to najbardziej boli.

Biała Gwiazda połowę dwumeczu ze Standardem Liege rozegrała dziesięcioma graczami na boisku. Paradoksalnie, podczas walki w osłabieniu szło im lepiej niż w komplecie. Zabrakło jednak tego, co będzie wielokrotnie jeszcze powtarzane – skuteczności.

O pierwszej połowie w Liege możnaby w ogóle nie pisać. Wrażenie wrażeniem, ale brakowało strzałów na bramkę. Przecież to Mistrz Polski musiał trafić do siatki rywala, aby awansować, a nie oddał żadnego celnego uderzenia. Oto przyczyna tego, iż czujemy niedosyt. Co z tego, że ładne akcje przeprowadzali Iliev, czy Melikson, skoro nikt nie umiał tego wykończyć?

Tytuł antybohatera meczu rozdzieliłbym pomiędzy trzech Wiślaków – Chaveza, Nuneza i Kirma. Honduranin często ułatwiał ataki rywalom, Argentyńczyk wypadł blado – chciał zabłysnąć, więc ujrzał czerwień, a Słoweniec nie umiał ani trafić w piłkę…

Gdybym był Kazimierzem Moskalem, to Bitona wprowadziłbym znacznie wcześniej. Ryzyko i tak trzeba było podjąć, nie było już naprawdę niczego do stracenia. Wiem, że zgodnie z „tradycją” krakowianie poczęli lepiej grać po czerwonej kartce, ale potrzebna była siła w ataku – ktoś, kto trafiłby między słupki i pod poprzeczkę bramki strzeżonej przez Sinana Bolata.

Gospodarze bardzo mądrze rozegrali doliczony czas gry. Nie kładli się na murawie, by posymulować, ale po prostu trzymali piłkę daleko od własnego pola karnego. Wszystko po to, ażeby zyskać czas i zdenerwować przeciwników. Udało się jedno i drugie…

Zachowanie Sergeia Pareiki śmiało nazywam żenadą. Nie wolno zachowywać się w ten sposób zawodnikowi Mistrza Polski, który od lipca walczy w rozgrywkach UEFA. Rozumiem, że i tak było po meczu, ale należy szanować rywali od początku do końca, a także umieć pogodzić się z porażką. Jestem za tym, by Wisła, bądż europejska federacja ukarała estońskiego bramkarza jakimś zawieszeniem.

Legia w Lizbonie ze Sportingiem chyba była jeszcze bliżej awansu niż Biała Gwiazda. Spotkanie na Jose Alvalade było trochę ciekawsze od tego w Liege, ale nie było też wielkim spektaklem. Rozpoczęło się ładnie i ofensywnie, choć później tempo siadło i walka trwała w środku pola. Pierwszą połowę optycznie wygrali Wojskowi, ale to dlatego, iż częściej mieli w posiadaniu futbolówkę…

Trener Skorża w przerwie musiał powiedzieć kilka mocniejszych słów do swoich podopiecznych, bo w drugich 45 minutach atakowali śmielej i częściej, ale tak samo, jak w przypadku Wisły nie było komu wykończyć ładnej akcji chociażby ze skrzydła np. Gola, Rybusa, Ljuboji.

Bramka Fernandeza w 86. minucie załatwiła sprawę. Można powiedzieć, że rywalizacja toczyła się „do jednej bramki”, a tą zdobyli gospodarze. Strasznie szkoda, bo w pewnym momencie Zdobywca Pucharu Polski był naprawdę blisko. Aż na usta cisnęły mi się zwykłe okrzyki kibica: „my chcemy gola!”.

Ani Sporting, ani Standard nie postawiły wysoko poprzeczki w 1/16 finału. Zdecydowanie były do ogrania przez nasze kluby, ale zgodnie zremisowały u siebie i nie umiały zdobyć gola na wyjeździe. Występ polskich klubów w tej fazie można zatem podsumować w identyczny sposób. Brak awansu można nazwać porażką, bo Legia i Wisła same są sobie winne. Były sytuacje, miłe dla oka akcje, lecz zawiodła skuteczność.

Nie popisali się także kibice (można ich tak w ogóle nazwać?). Nie wiadomo po co brali i odpalali petardy w trakcie gry. „Słychać strzały” było przez całe 90 minut każdego meczu naszej drużyny na wyjeździe. Ponadto, fanatycy Białej Gwiazdy nie umieli uszanować żałoby w obozie rywala po śmierci Guya Namuroisa – zasłużonego trenera od przygotowania fizycznego. Podczas minuty ciszy wzięli i zaczęli coś skandować… Z kolei ci z Warszawy urządzili sobie ustawkę w centrum stolicy Portugalii, po czym kilkunastu zostało zatrzymanych. Ktoś podobno bronił „kiboli” w związku z moim krytycznym felietonem na ich temat. Ciekawe, co powie teraz…

A życie oraz walka w LE toczy się dalej. Mam nadzieję, że przed 1/8 finału zdążę jeszcze coś o tym napisać.


pubsport.pl
Krzysztof Sędzicki
Uczeń I LO w Łodzi. Już jako przedszkolak oglądałem transmisje sportowe w telewizji. Kilka lat pograłem w koszykówkę, ale nie spodobała mi się i już pod koniec gimnazjum przerzuciłem się na amatorską odmianę siatkówki i skoku wzwyż. Pasjonuję się wieloma dyscyplinami, przede wszystkim piłką nożną, siatkówką, formułą 1 i skokami narciarskimi. Czasami lubię też pooglądać inne sporty, np. koszykówkę, biathlon, tenisa, snookera, darta... Nie ma tygodnia, żebym czegoś nie obejrzał! Tak, uznawaj mnie za sportowego maniaka! Dobrze mi z tym! W przyszłości chciałbym zostać dziennikarzem - komentatorem sportowym. Póki co, próbuję swoich sił na kilku frontach - na blogu (sedzik.blox.pl), tele-sport.pl, TakSięGra TV i właśnie tu, na Pubsport.pl, gdzie piszę artykuły, felietony, relacje i robię kilka rzeczy, których nie widać gołym okiem, gdzieś tam "za kulisami".
http://sedzik.blox.pl