Włoska metamorfoza

W pierwszych pięciu ligowych spotkaniach sezonu 2010/11 zespół ten zdobył ledwie skromny punkt i naturalnie zamykał tabelę Serie A. Upłynął wrzesień, a zespół ten na smak zwycięstwa w lidze czekał już piąty miesiąc. W końcu w trzech majowych kolejkach poprzedniego sezonu kompletu oczek nie udało się wytargać ani z Cagliari, ani z Bari, ani tym bardziej z Lazio. Początek nowego zaś sezonu miał wyglądać zgoła odmiennie. Co prawda zespół ten czekały konfrontacje z dwoma potentatami, ale pozostali rywale napawali już optymizmem. Jednak do czasu.

Sierpień, pierwsza seria spotkań i porażka na własnym stadionie z Genoą 0-1. Ta sama Genoa na kolejną wygraną w Serie A czekała do października, kiedy to gościła zdecydowanie najsłabsze w ligowej stawce Bari. Następnie przyszła wkalkulowana przegrana z Interem 2-1. Gdyby Bologna nie została obciążona na starcie ujemnymi punktami, zespół ten już wtedy zamykałby ligową tabelę.  Tak to przyszło poczekać kolejne dwie serie spotkań, czyli na klęskę z Juventusem przed własną publicznością 0-4 i wyjazd do tejże Bologny po porażkę 1-2. Kampanię wrześniową zamknął wreszcie remis z Sampdorią 0-0, przynoszący upragniony punkt. Zespół ten był ostatni w lidze, sprawiając swym kibicom niemiłą niespodziankę. O kim mowa? Jak już wielu zapewne udało się zorientować – o Udinese Calcio.

Co zatem stało się w Udine, że podopieczni Francesco Guidolina są teraz na 5. miejscu w Serie A, mając na koncie tylko o 4 punkty mniej niż w całym poprzednim sezonie? Jest to na pewno składowa kilku czynników, jednak wyróżniłbym jeden z nich. Mianowicie rozstrzelanie się Antonio Di Natale. Zawodnik ten znaczy dla Udinese Calcio bardzo dużo, czego najlepszym dowodem jest zależność między jego dyspozycją a dyspozycją całej drużyny. Oto bowiem Di Natale zdobył w tym sezonie tylko dwie bramki nim rozpoczął się listopad. Co prawda Udinese odzyskiwało wtenczas równowagę, gdyż po meczach opisywanych w poprzednim akapicie przyszły 4 kolejne zwycięstwa, ale był to pion tylko pozorny. Następne dwa ligowe przetarcia wzbogaciły dorobek Udinese o jedno oczko. Nie to było jednak najgorsze. Problem tkwił w tym, że król strzelców ligi włoskiej sezonu 2009/10 wciąż nie był sobą. Aż wreszcie zbawienny okazał się pojedynek z Lecce. Udinese zwyciężyło gładko 4-0, a Antonio Di Natale ustrzelił hat-tricka. Z pełną odpowiedzialnością można stwierdzić, że właśnie wtedy się odblokował. Do końca roku powiększył swój dorobek bramkowy do 10. trafień, a aktualnie ma ich aż 17. Udinese natomiast kończyło rok na bezpiecznej pozycji dziewiątej.

Co natomiast zmieniło się od tamtego czasu? W końcu ekipa ze Stadio Fruli walczy obecnie o zupełnie inne cele niż to wydawać mogłoby się wtedy. Nie chciałbym w tej diagnozie definitywnie pomijać pobocznych aspektów, dlatego ponownie zaznaczam, że nadmienię główny, a nie jedyny powód owego progresu. Otóż ponownie w Udine odżył talent, który cieszył oczy zainteresowanych chociażby podczas mundialu w RPA. Alexis Sanchez przez 16 kolejek zdobył… jednego gola! Nic dziwnego, że głosy z Anglii o zainteresowaniu Manchesteru United ucichły, skoro chilijski napastnik najzwyczajniej w świecie nie był skuteczny. Jednak od tamtego momentu bardzo wiele się zmieniło, bowiem Sanchez w siedmiu kolejnych spotkaniach trafiał w sześciu. Stał się tym samym pełnoprawnym partnerem w ataku dla Antonio Di Natale. Ich świetne wyszkolenie techniczne, szybkość i boiskowa przebojowość pozwoliła na fantastyczne zwycięstwa z Interem (3-1) i Juventusem (2-1), a także niebywały bój z Milanem (4-4).

Udinese Calcio przeszło więc w tym sezonie drogę z piekła do nieba. Istna metamorfoza, do jakiej doszło w Udinese, wywindowała klub na 5. lokatę w tabeli. Drużyna wreszcie odnalazła właściwy rytm i gra na miarę oczekiwań kibiców oraz potencjału kadrowego. W końcu w biało-czarnych barwach biegają nie tylko Antonio Di Natale i Alexis Sanchez, ale także m.in. German Denis, Cristian Zapata, Mauricio Isla, Kwadwo Asamoah czy Gokhan Inler. Jest to drużyna w gruncie rzeczy młoda o sporych możliwościach w ofensywie i solidnej włoskiej defensywie. Mimo wysokiej aktualnie pozycji w ligowej stawce nie upatrywałbym jednak w niej kandydata do przetarć w eliminacjach do Ligi Mistrzów. Trzeba natomiast docenić przemianę, jaka dokonała się w Udinese w trakcie tego sezonu. Co poniektórzy eksperci ochrzcili ten zespół „włoską Barceloną”, co broni się samo, gdy obejrzymy niedawne potyczki Udinese z Interem bądź Genoą. A tego typu porównań nie używa się przecież za często. Czym jeszcze zaskoczy nas w bieżących rozgrywkach klub z północno-wschodnich Włoch? Póki co jest jednym z najbarwniejszych w Serie A. A nuż teraz pora na metamorfozę w innym zakątku Italii? Kamil Glik pewnie nie miałby nic przeciwko.


pubsport.pl