Wracamy na ziemię. Wszyscy.

Miało nie być spacerku, ale nie miało być takiego zawodu. Miało być pierwsze miejsce, a wylądujemy na drugim albo nawet trzecim. Miał być uśmiech po spokojnym zwycięstwie, mamy zaś kwaśne miny po niespodziewanej porażce. Znów przytrafił nam się słabszy dzień.

Słyszałem, że wykorzystaliśmy już limit przegranych na Igrzyskach. Niestety, dziś nastąpiła kolejna. Uwierzyliśmy, że mecz z Australią będzie jedynie formalnością. Może uznaliśmy, że nie trzeba się nawet będzie budzić, że wygramy „na śpiocha”? Albo przestraszyliśmy się, bo przeciwnicy ubrani byli jak Brazylijczycy? Kangury już przedwczoraj udowodniły, że najlepszych mogą postraszyć (mowa o Włochach). Znów wskoczyli na niezły poziom, a trafili na zaspanych rywali, choć warunki dla obu ekip były przecież takie same. Dobra, nie będę już kontynuował krytyki okołomeczowej – zarówno samych zawodników, jak i kibiców, a raczej „kibiców” w kraju. Lepiej zrobil to Michał Trela. Ja zajmę się samym meczem.

Za prosto by było powiedzieć, iż to nie był nasz dzień. Biało-Czerwoni mieli jakąś blokadę w głowie, która powodowała kolejne przestoje i niemoc w meczu. Zdobywanie punktów przychodziło nam bardzo ciężko. No, chyba, że podopieczni Jona Uriarte oddawali nam je po swoich błędach. Jednak liczenie wyłącznie na to nie wystarczy.

Na języku polskim pani profesor mówi, aby szukać kontrastów przy analizie tekstu literackiego. Zastosuję to więc do analizy meczu. Podczas pierwszych dwóch setów nie graliśmy ani blokiem, ani zagrywką. Australijczycy zaś pokazali nam, jak powinno się używać tych elementów i wypunktowali nas równo. Później, w 3. secie nastąpiła nieznaczna poprawa, ale już było trochę za późno.

Pojawiły się ponownie problemy ze skończeniem ataku. W zasadzie o jakich atakach ja piszę? O tych lekkich przebiciach na drugą stronę siatki?! Za dużo kiwek, za mało porządnych zbić! Owszem, napotykaliśmy na blok, ale Anastasi mówił na jednej z przerw, aby obijać ręce skrajnego zawodnika. Niestety, nasi specjaliści od takich zagrań – Michał Winiarski i Michał Kubiak nie wcielili tej koncepcji taktycznej do gry. Nie dziwię się, że Anastasiemu w końcu puścily nerwy. Bałem się tylko, aby niczego nie zniszczył. Swoją drogą widać, jak włoski szkoleniowiec jest szanowany przez naszych siatkarzy – nawet Zbigniew Bartman słuchał potulnie jak baranek.

Przy podsumowaniu spotkania z Wielką Brytanią wyraziłem nadzieję, że więcej pogra Kuba Jarosz. I tak właśnie się stało. Jestem bardzo zadowolony, że pojawił się na boisku, bo dla mnie był najlepszym w naszych szeregach. Usiłował wprowadzić sportową złość, energię, obudzić cały zespół, lecz nie udało mu się. Dobry występ zaliczył jeszcze jeden zmiennik, Grzegorz Kosok, który zmienił przeciętnego Nowakowskiego. Ta dwójka to jednak było za mało. Robił co mógł Bartek Kurek, ale niewiele mógł, to niewiele zrobił.

Po drugiej stronie siatki kapitalne zawody zagrali Thomas Edgar i Nathan Roberts. Nie umieliśmy ich powstrzymać, traciliśmy więc dużo punktów. Jednakże po tym, co zobaczyłem w sobotę w meczu z Włochami sądziłem, że głównym żądłem australijskiej reprezentacji będzie Adam White. Co prawda on też wypadł nieźle, ale wspomniana dwójka lepiej. Widać, że trener Uriarte wyciągnął wnioski po majowych sparingach i rozpracował naszych. Nawiasem mówiąc miny, jakie robił, gdy był spokojny można spokojnie wykorzystać do kwejków i memów…

Popatrzmy znów na na siebie. Ponownie wróciliśmy na ziemię. Do tej pory odlatywaliśmy marzeniami tak daleko, jak ten łazik, co dziś wylądował na Marsie. Teraz zaś, spokojnie obserwuję, jak „wielcy kibice” reprezentacji jeżdżą po niej równo. Przeklęta polska przypadłość… Mam nadzieję, że dzisiejsza porażka będzie miała takie same skutki, jak ta z Pucharu Świata z Iranem. Zejdzie zbędna presja i nikt już nie będzie bujał w obłokach dopóki nie zagramy tego najważniejszego meczu.

Nasi siatkarze wybrali sobie trudniejszą drogę do celu. Widocznie wiedzą, że jeśli chce się zdobyć medal olimpijski to i tak trzeba wygrywać z każdym. Podobno w szatni po meczu Andrea kazał wyrzucić swoim podopiecznym z głów wszystko to, co było do tej pory. Przed nami najważniejszy mecz na tym turnieju, a może nawet najważniejszy mecz w życiu tych zawodników. Nieważne, czy po drugiej stronie stanie Rosja czy Brazylia.

Jest jedna pozytywna rzecz w tym, że nie wygraliśmy grupy – nie pojawią się już takie lekkie podejścia do przeciwników, a ten i tak już przepompowany balon nie będzie dmuchany dalej. O koncentrację więc się nie boję. Czekam na wielki mecz. I wielkie emocje. I wielkie…. sami wiecie co.


pubsport.pl
Krzysztof Sędzicki
Uczeń I LO w Łodzi. Już jako przedszkolak oglądałem transmisje sportowe w telewizji. Kilka lat pograłem w koszykówkę, ale nie spodobała mi się i już pod koniec gimnazjum przerzuciłem się na amatorską odmianę siatkówki i skoku wzwyż. Pasjonuję się wieloma dyscyplinami, przede wszystkim piłką nożną, siatkówką, formułą 1 i skokami narciarskimi. Czasami lubię też pooglądać inne sporty, np. koszykówkę, biathlon, tenisa, snookera, darta... Nie ma tygodnia, żebym czegoś nie obejrzał! Tak, uznawaj mnie za sportowego maniaka! Dobrze mi z tym! W przyszłości chciałbym zostać dziennikarzem - komentatorem sportowym. Póki co, próbuję swoich sił na kilku frontach - na blogu (sedzik.blox.pl), tele-sport.pl, TakSięGra TV i właśnie tu, na Pubsport.pl, gdzie piszę artykuły, felietony, relacje i robię kilka rzeczy, których nie widać gołym okiem, gdzieś tam "za kulisami".
http://sedzik.blox.pl