Wrócili, cali, zdrowi, w formie jak zwykle…

Pisząc przed południem tekst zapowiadający wiosnę w ekstraklasie wymyśliłem określenie expressklasa.  Oczywiście ze względu na szybkie tempo rozegrania drugiej połówki sezonu. Tekst zilustrowałem zdjęciem pędzącej, nowoczesnej lokomotywy. Po dwóch dzisiejszych meczach – znów muszę posłużyć się fotką pociągu….

Czasy słusznie minione?

Pierwszy, chciałoby się powiedzieć uroczysty mecz rozegrano w Łodzi. Tak się składa, że w większości lig, na mecz inauguracyjny wybiera się fajny stadion i fajne widowisko. W Polsce jest trochę inaczej i po raz drugi z rzędu rundę otwierał mecz, mającego najbrzydszą arenę boisko w lidze – ŁKS-u.  Estadio da Gruz, jak pieszczotliwie nazywają niektórzy obiekt łódzkiego klubu, czasy świetności ma za sobą dokładnie tyle samo dekad temu co lokomotywa po lewej. Najdziwniejsze jest to, że i jedno i drugie jest ciągle w użytku.

Oglądając potyczkę ŁKS – Polonia czułem się jak w poprzedniej epoce. W nastrój pięknie wprowadził nas przedmeczowym wywiadem Piotr Świerczewski, mówiąc, że:
– chyba będzie wpisany w rubrykę osoba dodatkowa, jakieś takie miejsce jest w protokole (na pytanie, w jakim charakterze zasiada dziś na ławce trenerskiej)
– my nie jesteśmy w ogóle przygotowani, ale spróbujemy (o przygotowaniach ŁKS do sezonu)
– CHCEMY JAKIEŚ PUNKTY GDZIEŚ TAM ZDOBYĆ!

Lepszej zachęty do obejrzenia tego meczu nie mogło być. Gdy doda się do tego jeszcze hałdy śniegu okalające boisko, straszne betonowe trybuny – to dostajemy niesamowity obraz. Jakby tego było mało – w drugiej połowie popsuła się tablica świetlna i arbiter techniczny pokazywał numerki na gustownych karteczkach, targanych przez wiatr.

Jeśli chodzi o grę w piłkę, bo w końcu to było chyba najważniejsze, to znów mamy tutaj odniesienia historyczne. Ktoś powiedział ładne zdanie, że w tym składzie ŁKS grałby o mistrzostwo… dekadę temu. Niektóre nazwiska w składzie łodzian serio robią wrażenie. Szkoda, że tylko nazwiska. Duet, który miał odpowiadać za kreowanie gry, Iwański – Laizans, spisał się poniżej krytyki. W sumie można by tutaj wymienić 8-9 ludzi z podstawowego składu. Za walkę i zaangażowanie tej czarnej listy uniknęliby tylko Mięciel i Saganowski.

Po drugiej stronie barykady był Tomasz Brzyski, chłopak który przez zimę chyba całymi dniami kopał piłką o ścianę i cały czas spadała mu na zewnętrzną część stopy. Dośrodkowanie w ten sposób to zdecydowanie jego ulubione zagranie, na domiar złego dla ŁKS-u, wychodziło mu to dziś delikatnie mówiąc nie najgorzej. Po takim zagraniu padła pierwsza bramka, po dwóch podobnych mogła paść kolejna. W drugiej połowie lewą nogę wykorzystywać zaczął też do strzałów z wolnego. Za każdym razem jakimś cudem bronił Wyparło.

No właśnie – jakimś cudem. Jakimś cudem ŁKS przystąpił do rozgrywek i chyba tylko tak może się utrzymać. Dziś to wyglądało jakby oldboje grali na jakimś benefisie, a nie w ekstraklasie. Brakuje tylko tego, żeby Świerczewski założył korki i grał z chłopakami, w końcu i tak nie wie „kim jest” na ławce trenerskiej.

Mały akapicik należy się też Polonii. Chętnie pochwaliłbym kogoś jeszcze oprócz Brzyskiego, ale trochę się boję. Dobrze wiemy na jakim tle dziś grali. Są takie mecze, za które trzy punkty dopisuje się już patrząc na terminarz. Właśnie od takiego zaczynała wiosnę Polonia. Wygrała 2:0, wskoczyła na fotel wicelidera i może szykować się na większe wyzwania.

Zardzewiała lokomotywa

Wieczorne spotkanie  w Poznaniu miało dać przynajmniej częściową odpowiedź na pytanie – jakiego Lecha zobaczymy w tym półroczu. Jeżeli dało, to nie chciałbym być teraz jednym z tych kilku tysięcy, którzy mają jeszcze karnety na spotkania Kolejorza. Wychodzi na to, że lepiej było kupić na zapas 30 litrów benzyny, zanim będzie po 7 złotych, niż inwestować w bilety. Już znacie drugi z powodów, dla których umieściłem na górze fotkę tego torowego „cacka”. Poznańska lokomotywa zatrzymała się na stacji i jakoś nie chce ruszyć.

Lech przegrał z Bełchatowem 0:1 i w pełni na tę porażkę zasłużył. Już pierwsza połowa była podejrzana. Niby gospodarze byli częściej przy piłce, oddawali jakieś tam strzały, ale niespodzianką śmierdziało jak z pociągowego kibla. Akcje poznaniaków najczęściej były jednoosobowe, Tonev brał piłkę i biegł, Rudnev brał piłkę i strzelał, Arboleda brał piłkę i tracił. Bełchatów natomiast miał jakiś pomysł, były to szybkie dwójkowe, czasem trójkowe wymiany piłki pomiędzy ofensywnymi zawodnikami. Dzięki temu Żewłakow, Fonfara i Wróbel stworzyli kilka groźnych sytuacji.

Przed meczem Kamil Kiereś zapowiadał, że GKS będzie grał ofensywnie. Można się było puknąć w czoło… Panie z czym do ludzi? Ten który mógłby coś strzelić, Buzała, nawet nie zagra. No ale zagrali inni i faktycznie zagrali ofensywnie. Szóstka odpowiedzialna za atakowanie miała swój dzień. Nie lubię, ale wyliczę – Kosowski, Bożok, Baran, Fonfara, Wróbel i Żewłakow – czuli się na Bułgarskiej jak w domu.

Jeśli komuś mało pukania się po czole, to mógł to zrobić też w kierunku „trenera Bakera”, który na własne życzenie pozbawił się kreatora gry – Stilica. Bośniak mecz zaczął na ławce, ale w obliczu nieporadności kolegów w przerwie wyskoczył z dresu i wskoczył w wir walki. Po kilkunastu minutach można było gratulować Bakero nosa i ganić za brak konsekwencji zarazem. Stilić na ławce – tak, na boisku – nie, trzeba by powiedzieć.

Początek drugiej połowy wyglądał jeszcze jako tako w wykonaniu gospodarzy. Stworzyli nawet dwie stuprocentowe sytuacje, po dośrodkowaniach z bocznych sektorów, ale obie zostały zmarnowane. Na dobrą sprawę – mogły też zostać anulowane przez sędziów gdyby w odpowiednich momentach dopatrzyli się fauli na graczach GKS-u.

Od 60. minuty zaczął się koncert bełchatowskiego sekstetu pod batutą świetnego dziś Fonfary. Z każdą chwilą bramka była coraz bliżej, ale trzeba było dopiero świetnej asysty Wróbla, fatalnej pomyłki Kamińskiego i wykończenia rezerwowego Nowaka, żeby piłka wtoczyła się do siatki. Kto był odpowiedzialny za tę bramkę? Wróbel w 50 procentach, Kamiński w 40 i Nowak w 10. Sory memory – z takimi zachowaniami to obrońca Lecha nadaje się do ŁKS-u. Była 88. minuta, a cios okazał się zabójczy.

Okazało się w tym meczu, że Lech kompletnie nie ma rezerwowego napastnika. Panowie Ślusarski i Ubiparip to totalne nieporozumienie, ale też znak czasów. Jeszcze 2 lata temu, po miesiącu takiej gry właściciel Lecha kupiłby im bilety TLK w jedną stronę do Świnoujścia, albo Polkowic. Przykładowo rzecz jasna. Dziś wprowadza się ich w drugiej połowie ratować wynik. Jaki ratownik, taki uratowany – wypada zakończyć.


pubsport.pl
Damian Ślusarczyk

29 lat, wychowany pod Kielcami, mieszka w Manchesterze, PubSport.pl z małymi przerwami ogarnia od 8 lat. Stale udowadnia, że jest w stanie znaleźć „coś” ciekawego w każdej dyscyplinie sportu.
Obserwuj mnie na Twitterze

http://www.pubsport.pl/