Wrocławska koszykówka: większa reaktywacja

Pierwszy akt powrotu ekstraklasowego, koszykarskiego Śląska wyszedł prawie wspaniale. Jest oczywiście kilka ale. Z przegraniem meczu w ostatnich sekundach na czele.

Pełna hala. I ludzie pod halą, którzy odeszli z kwitkiem. Po, nierzadko, przeszło półgodzinnym oczekiwaniu w kolejce. Ja przynajmniej czekałem ponad pół godziny, by przy skończeniu biletów dowiedzieć się, że ci (tacy jak ja), którzy stoją w tej kolejce aby odebrać karnet mogą wejść na mecz za okazaniem dokumentu, który mieli na karnet zamienić. Nie muszę chyba pisać, że kilkadziesiąt minut w kolejce nie zadowalało fanów. A także fakt że były 3 kasy obsługiwane przez 3 osoby (nie znając sytuacji stanąłem z tej strony hali gdzie była tylko jedna kasa – może gdybym stanął tam gdzie były dwie już w połowie pierwszej kwarty wszedłbym na halę). No i że miejsca nie były przyznawane jak leci, tylko pozwalano klientom wybrzydzać co do miejsc.

Jeszcze chwilkę porozwodzę nas systemem dystrybucji biletów – te mozna było zakupić przez Internet i wydrukować we własnej prywatnej drukarce. Wydaje się być to wygodnym rozwiązaniem. I ci którzy stali w kolejce po bilety byli po trosze sami sobie winni. Punkt bezpośredniej sprzedaży biletów (a także odbioru kupowanych przez Internet karnetów) jest jeden i nie jest on ulokowany optymalnie w skali miasta. Więc nie mając zaufania do handlu przez sieć można było sobie założyć, że się kupi bezpośrednio przed spotkaniem. No, ale ja przynajmniej miałem ten luksus że koniec końców (a uściślając na koniec pierwszej kwarty) na halę wszedłem.

A hala pełna. Nie dziwne, skoro bilety wysprzedane. Choć chwilę przed ogłoszeniem wyczerpania się wejściówek do kolejki pocztą pantoflową doszło hasło „maszyna do biletów się zepsuła”, więc można było węszyć spisek. Sporo ludzi ubranych na zielono. A wśród nich kibice i zawodnicy Zastalu Zielona Góra – koszykarzom z Wrocławia przyszło grać na biało. Jeśli już jesteśmy przy kibicach Zastalu to trzeba im oddać że sprawili się dość nieźle. Na pewno pomagało im to, że Klub Kibica Śląsk dopiero się formuje i jest na razie mało liczny. Na szczęście jak przyszło co do czego – czyli jak zacięty od samego początku mecz wchodził w decydującą fazę cała Orbita ryknęła jak przed laty. 1,5 minuty przed końcem wszyscy już stali. Już wszystkie „pikniki” odstawiły kubełki z popcornem na bok. Co tu dużo pisać, cała hala darła mordę. Znowu. Po kilku latach przerwy.

Kibicowanie, wszystko na to wskazuje, całkiem fajnie się jeszcze uformuje – byle była frekwencja. Karnetów sprzedano około pół tysiąca. Czyli na każdy mecz potrzeba jeszcze pięć razy tyle, a na mecze w Hali Stulecia (w I fazie tylko z Koszalinem za tydzień i z Anwilem w styczniu) – przeszło trzynaście razy tyle. Aczkolwiek myślę, że na pierwszy mecz od dawna w Hali Stulecia ludzie pójdą przez sam ten fakt, no a na Anwil…

Z resztą nie będzie problemu z frekwencją jeśli będą wyniki. A o to można się bać. Tylko siedmiu zawodników grało więcej niż 5 minut. A tylko dwóch pozostawiło po sobie dobre wrażenie. Robert Skibniewski i Akselis Vairogos to są ludzie którzy mogą ciągnąć ten zespół. Kilka razy pokazał coś serbski center Aleksander Mladenović, ale nieskuteczne akcje w samej końcówce zdecydowanie obniżają jego notę. Gdyby trafił w ostatniej akcji przymknęlibyśmy oko na słabą skuteczność z wolnych – z resztą kilkanaście sekund przed końcem właśnie wolnymi Mladenović mógł dać 3 punkty przewagi, lecz spudłował dwa wolne. No i będzie mu to teraz skrupulatnie wypunktowane. A reszta? Amerykanie nie pokazali kompletnie nic. Nawet egoizmu czy przecenienia własnych umiejętności. Po prostu nic. Podobnie jak Bochno, który dzięki przepisom o Polakach spędził na parkiecie pół godziny, a był kompletnie nie widoczny. Byłem szczerze zszokowany gdy zobaczyłem w statystykach ile czasu spędził on na parkiecie. Problemem jest też brak zmiennika dla Skiby. Teoretycznie jest nasz juniorski vice-mistrz świata Kuba Koelner oraz 13. w rotacji Jan Grzeliński. Przez pięć minut kiedy nie było naszego pierwszego rozgrywającego na boisku grę prowadził (czy raczej przeprowadzał piłkę przez linię środkową) Amerykanin Paul Graham. O grze zawodników tej nacji już się wypowiadałem. No i kapitan – Slavisa Bogovac. Serb chyba też uważa za skandal że to on, a nie Skiba dostał opaskę kapitańską i w ramach protestu pokazał że kompletnie na nią nie zasługuje. W składzie Śląska jest jeszcze jeden vice-mistrz świata u-17 – Piotr Niedźwiedzki. W przeciwieństwie do Koelnera pojawił się ona na boisku. Na minutę i siedem sekund.

Zacząłem od tego że prawie wszystko się udało, a potem napisałem litanię narzekań. Ano prawie wszystko się udało, bo najważniejsze się udało – była atmosfera. A teraz trzeba ją tylko pielęgnować.


pubsport.pl
Paweł Kazimierczyk
Wrocławianin, student Wydziału Mechanicznego Politechniki Wrocławskiej. W styczniu 2010 rozpocząłem prowadzenie bloga olimpijsko.blox.pl. Grudzień tegoż roku przyniósł mi zaproszenie do PubSportu, kolejna zima zaowocowała z kolei przeniesieniem bloga do serwisu naTemat.pl, gdzie można mnie znaleźć pod adresem pawelkazimierczyk.natemat.pl. Pisuję o wielu dyscyplinach. Być może wygląda to tak, że myślę, że znam się na wszystkim, ale sądzę, że przeboleję taką opinię i będę robił swoje. Największe emocje wzbudzają we mnie zawody w których sportowcy występują pod barwami narodowymi, stąd też ogromna fascynacja imprezą jaką są Igrzyska Olimpijskie. Przy czym wobec tych wszystkich rozgrywek niemal zawsze w ślepej kibicowskiej naiwności wierzę w sukces tych pod biało-czerwonym sztandarem.
http://pawelkazimierczyk.natemat.pl