Wspomnień czar: koniec świata

Pierwszego lipca 2011 roku, meczem Argentyny z Boliwią zainaugurowana zostanie 43. edycja mojego ulubionego piłkarskiego turnieju – Copa America. Do pierwszego gwizdka na stadionie w la Placie pozostało jeszcze trochę czasu, wykorzystam go, by opowiedzieć dlaczego tak lubię te rozgrywki.

Czasy ostateczne… Proponuję cofnięcie się o 12 lat – do 1999-go roku.  Rozgrywano wówczas 39. edycję Copa America. Na przełomie czerwca i lipca w polskich mediach więcej mówiło się wówczas o nadchodzącym ponoć końcu świata (według niektórych interpretacji tekstu Nostradamusa miał on nastąpić 12 lipca 1999r. około godziny 9.40) niż o toczącym się w Paragwaju turnieju. Nie oznacza to jednak, że nie było transmisji – niezawodna TVP pokazała na żywo każdy mecz i to w otwartym paśmie (inna sprawa, że zamkniętego jeszcze nie miała 🙂 ). Jako niespełna jedenastoletni chłopak, choć wstyd się przyznać, uwierzyłem w te brednie o końcu czasów i przez parę dni – gdzieś między 8, a 12 lipca chodziłem zdrowo przestraszony. Być może dzięki temu, nic nie było w stanie powstrzymać mnie przed całonocnym oglądaniem relacji z paragwajskich stadionów. Przecież, to miała być ostatnia szansa, by zobaczyć w akcji gwiazdy latynoamerykańskiej piłki, w których zakochałem się rok wcześniej podczas Mundialu we Francji…

Co ja tutaj robię?!?

W turnieju, podobnie jak w tegorocznej edycji, wystartowało 12 ekip.  Oprócz 10 zespołów z Ameryki Południowej, na zaproszenie organizatorów, udział wzięły Japonia i Meksyk. Gdyby nie tragiczne trzęsienie ziemi w Japonii, to „dzisiejsza” obsada byłaby identyczna jak 12 lat temu. Nie znając dokładnie realiów, bardzo dziwiła mnie obecność Azjatów w CA. Potem dowiedziałem się, że zaproponowano im udział, w ramach promocji MŚ, których mieli być współgospodarzem w 2002. Jeżeli dobrze pamiętam, to Korea Południowa na tej samej zasadzie wystartowała w 2000 roku w Złotym Pucharze CONCACAF.

Gwiazdy nieobecne…

Skoro już mowa, o tym kto brał, a kto nie brał udziału w omawianym turnieju to trzeba wymienić nazwisko Gabriela Batistuty – najlepszego piłkarza Argentyny lat 90. Grający wówczas we Florencji napastnik, notabene mój ulubiony zawodnik, dostał od trenera Bielsy wolne, czym byłem ogromnie rozczarowany. No, ale trzeba było jakoś to znieść – w koszulce w białe i błękitne pasy, z numerem 9 i nazwiskiem wielkiego nieobecnego na plecach rozsiadłem się wygodnie przed telewizorem.

Już mecz otwarcia: Peru – Japonia (3-2) pokazał, że będzie to fajny turniej z mnóstwem ofensywnych popisów i bramek.  W fazie grupowej rozegrano 18 spotkań i zanotowano 48 trafień. Co ciekawe jedyny w turnieju wynik bezbramkowy padł na samym początku imprezy – pierwszego dnia gospodarze z Paragwaju zremisowali z Boliwią. Pomimo kiepskiego początku Paragwajczycy, mający w składzie wschodzącą gwiazdę – Roque Santa Cruza oraz wielu doświadczonych graczy, którzy rok wcześniej byli o siedem minut od zmienienia historii światowej piłki, wygrali grupę A. Praktycznie jedynym, choć wielkim, nieobecnym tej reprezentacji był ekscentryczny bramkarz Jose Luis Chilavert. Odmówił on udziału w turnieju… ponieważ uważał, że pieniądze wydane przez rząd na przygotowania mogły zostać spożytkowane na ważniejsze społecznie cele. Promocję do ćwierćfinałów,  z grupy A uzyskało jeszcze niedoceniane Peru.

Gwiazdy wschodzące…

Niełatwą grupę B wygrała z kompletem punktów Brazylia. O ile odprawienie z kwitkiem Wenezueli (7-0) w tamtych czasach wielkim osiągnięciem nie było, to już wygrane nad Meksykiem i Chile musiały budzić spore uznanie, nawet jeżeli dokonali ich vice-mistrzowie świata. Wspomniane dwie drużyny również awansowały do dalszej fazy rozgrywek. Odpadnięcie którejkolwiek z nich, byłoby zresztą sporą niespodzianką, obie miałyprzecież  za sobą świetny Mundial (wyjście z trudnych grup na boiskach Francji) i kilku wspaniałych piłkarzy w swoich rosterach, przykłady: Ivan Zamorano, Macelo Salas (Chile), Cuahtemoc Blanco, Luiz Hernandez (Meksyk). Rywalizacja w tej grupie zapamiętana przeze mnie jest przez dwa wydarzenia. Pierwsze to zakończenie w 86 minucie meczu Brazylia – Chile, wywołane przez niesamowitą mgłę, która w ciągu kilkudziesięciu sekund pojawiła się nad stadionem w Ciudad del Este. Horacio Elizondo, w porozumieniu z obiema drużynami skrócił ostatni w grupie mecz, który o niczym już nie decydował – Chile i Brazylia awansowały już wcześniej do 1/4 finału. Drugie ważne zdarzenia miało miejsce kilka dni wcześniej, we wspomnianym spotkaniu Canarinhos z Wenezuelą. W 76 minucie, na 5:0 w taki sposób (od 1.34) zdobył Ronaldo de Asis Moreira, czyli po prostu Ronaldinho. Było to pierwsze trafienie tego piłkarza w barwach reprezentacyjnych i dla większości Europejczyków, pierwsza okazja by zobaczyć w akcji jednego z najlepszych piłkarzy początku XXI w.

Gwiazdy spadające…

Triumfatorem grupy C została niespodziewanie Kolumbia – rewelacja tej fazy rozgrywek.  Kolumbijczycy, którzy po nieudanym Mundialu w 1998 roku nieco odmłodzili skład (nie było już m.in. słynnego Valderamy) wygrali trzy spotkania:  planowo z Ekwadorem, dość spodziewanie z Urugwajem oraz sensacyjnie z Argentyną. Mecz z podopiecznymi Marcelo Bielsy zakończył się wynikiem 3-0, choć gdyby Martin Palermo – kreowany na następcę Batistuty, wykorzystał 3 jedenastki, jakie tego wieczoru wykonywał byłby remis. Warto obejrzeć skrót tej potyczki, także po to aby przekonać się jak fatalnie można sędziować mecz piłkarski (5 karnych, a ile z nich podyktowanych słusznie?) O „el Loco” pisałem już kilka razy i jeszcze napiszę, ale warto zaznaczyć, że był to chyba najbardziej niesamowity mecz jaki w życiu widziałem. Feralny występ na Estadio Feliciano Caceres na dobre kilkanaście miesięcy zatrzymał dobrze rozwijającą się karierę Palermo. Czas pokazał, że jej do końca nie złamał, ale to już temat na inną dyskusję.  Implikacje tego spotkania dla argentyńskiej piłki były dużo większe niż tylko zahamowany transfer Martina Palermo do którejś z lig europejskich. Na chwilę w oczy Albicelestes zajrzało widmo odpadnięcia w fazie grupowej. Przed trzecim meczem – z Urugwajem, było mnóstwo niewiadomych. Na korzyść Argentyny zadziałał fakt, że Urugwaj na Copa America 1999 przyjechał bardzo młodym składem, a jedynym zawodnikiem w kadrze, który przed turniejem miał na koncie więcej niż 10 reprezentacyjnych gier był Diego Lopez. Co więcej, ekipa ta przez rok czasu nie rozegrała żadnego oficjalnego meczu, stan ten zmienił się dopiero kilkanaście dni przed finałami, kiedy to Urusi odbyli sparing z Paragwajem. Szczęśliwie dla obu utytułowanych zespołów, układ wyników w grupie A i B przed meczem zapewnił im awans. Rozstrzygnięcie to zmieniło okoliczności o 180 stopni. Teraz gra toczyła się o coś zupełnie innego, mianowicie wygrany zajmował drugie miejsce w grupie i… trafiał na trudniejszego rywala – Brazylię. W tych okolicznościach poobijana (dosłownie i w przenośni – Martin Palermo zagrał z okazałym limem pod okiem) Argentyna postanowiła porzucić kalkulacje na rzecz odbudowania morale i wygrała 2-0, a Palermo w drugiej połowie strzelił trzecią bramkę w turnieju.  Młoda drużyna Urugwaju trafiła w ćwierćfinale na Paragwaj…

Gradobicie i koniec świata…

Przez pół godziny ćwierćfinałowego meczu z grającą w najmocniejszym zestawieniu Brazylią wydawało się, że Argentyńczycy zrobili świetny interes ogrywając Urugwaj. W 10. minucie gola zdobył Sorin i błękitno-biali prowadzili 1-0. Wówczas dał o sobie znać słynny duet R-R. Bramki dla Brazylii zdobyli Rivaldo i Ronaldo. Wynik końcowy: 2-1, mógł zostać zmieniony w 76. minucie, ale Dida obronił rzut karny. Tym razem nikomu nawet nie przyszło przez myśl, by powierzyć jego wykonanie ,,el Loco”. Jedenastkę spartolił więc Ayala. Dla młodego Didy była to drugi taki wyczyn w turnieju. Argentyna pożegnała się z turniejem, choć z tego co pamiętam grała swój najlepszy mecz na paragwajskiej imprezie. Kończyła się faza ćwierćfinałowa, kończył się udział Argentyny, a za parę godzin miał się skończyć świat. Apokalipsę poprzedziło solidne gradobicie – w czterech meczach tej rundy padło 16 goli, a dwa kończyły się rzutami karnymi. W takich okolicznościach, gospodarze sensacyjnie odpadli z młodzieżówką Urugwaju (1:1), a faworyzowany Meksyk wymęczył wygraną z Peru ( mecz zakończony remisem 3-3). Pożegnała się także, kreowana na faworyta do gry w finale Kolumbia, nie dając rady silnemu i nieobliczalnemu Chile (2-3).

Zgodnie z planem…

Odpadnięcie Argentyny sprawiło, że trochę mniej interesowałem się fazą finałową turnieju. Ależ ja głupi byłem – tam działo się naprawdę sporo, choć ostatecznie, zgodnie z przewidywaniami wygrała Brazylia. Dużą niespodziankę sprawił Urugwaj, jak już wspomniałem wyżej, przygotowania tego zespołu do turnieju były dalekie od jakichkolwiek norm. Nie przeszkodziło to Urusom wyeliminować Chile (znów po karnych) i awansować do finału. Dla Canarinhos był to prezent jakiego się chyba nie spodziewali – po ograniu Meksyku 2-0, w meczu o złoto „pozamiatali” 3-0 i zgarnęli puchar po raz drugi z rzędu. Warto wspomnieć, że do 1997 nie potrafili wygrać „Copy” poza własnym krajem. Odnotujmy też trzecie miejsce dla Meksyku po wygranej 2-1 nad Chile.

Przepowiednia…

Dramatyczna i pasjonująca edycja 1999 była pierwszą, którą oglądałem i ostatnią na jaką patrzyliśmy jak na produkt nie z tego świata. To było coś kosmicznego i niezwykłego. Tajemnicze i zaskakujące jak mgła nad Ciudad del Este i szalone jak Martin Palermo na Estadio Feliciano Caceres. W dobie internetu i globalizacji kolejne edycje nie były już tak paranormalne, co nie oznacza jednak że brakowało w nich emocji. Opiszę to w kolejnych odcinkach. Za 3 dni startuje zaś turniej w Argentynie i z dokładnością lepszą niż Nostradamus jestem w stanie przewidzieć, że w lipcu na tamtejszych stadionach będą działy się cuda.

Zapraszamy na nasz profil na Facebooku.


pubsport.pl
Damian Ślusarczyk
29 lat, wychowany pod Kielcami, mieszka w Manchesterze, PubSport.pl z małymi przerwami ogarnia od 8 lat. Stale udowadnia, że jest w stanie znaleźć "coś" ciekawego w każdej dyscyplinie sportu. Obserwuj mnie na Twitterze
http://www.pubsport.pl/