Wyskakali dla nas radość

Mamy wysyp wielkich wydarzeń w świecie sportu.  Na skoczni Polacy zostają mistrzami świata, w hali nasi rodacy zdobywają kilkanaście medali lekkoatletycznych Mistrzostw Europy, a na piłkarskich boiskach odbywają się mecze o jakich będzie się opowiadać wnukom (jak środowy spektakl na Camp Nou). Od tej pory będę starał się co piątek odnosić się do aktualnych wydarzeń. Dziś o tym dlaczego tak bardzo cieszy mnie mistrzostwo świata skoczków.

Na początek o wielkim sukcesie podopiecznych Stefana Horngachera. Od razu zaznaczę, że nie interesuje mnie to, że w Pucharze Świata w skokach narciarskich regularnie pojawia się tylko trzech Amerykanów, dla których sukcesem jest awans do drugiej serii. Nic sobie nie robię z tego, że Hiszpanie nie oglądają tej dyscypliny z poobgryzanymi paznokciami. Nie martwię się tym, że na skoczniach próżno szukać Brytyjczyków. Nie przeszkadza mi to w pasjonowaniu się tą dyscypliną, tak jak innym krajom nie przeszkadza emocjonowanie się dyscyplinami, które nie wzbudzają wielkiego zainteresowanie u nas. Po pierwsze niszowość skoków jest trochę przesadzona. Oczywiście nie mogą się one równać popularnością nie tylko z piłką nożną, ale także z wieloma innymi dyscyplinami. Jednak warto zauważyć, że dzięki Eurosportowi są one pokazywane na całym kontynencie. Wiadomo, że kiedy Kamil Stoch siada na belce, w Londynie i Paryżu całe rodziny nie pędzą przed telewizory, a znany europejski nadawca nie zyskuje wzrostu oglądalności we Włoszech, Bułgarii czy na Cyprze. Ale w takich krajach jak Niemcy, Austria czy Norwegia, rywalizacja Krafta, Żyły, Prevca i innych należy do najchętniej oglądanych i najmocniej omawianych wydarzeń. Dlatego wbrew wszystkim, którzy chcą umniejszyć sukces skoczków, cieszę się z drużynowego mistrzostwa świata. To dyscyplina bardzo mi bliska i złoty medal Stocha, Kota, Żyły oraz Kubackiego ucieszył mnie tak samo jak wywalczony blisko przed trzema laty tytuł najlepszej drużyny globu przez naszych siatkarzy. Ze wszystkich drużynowych mistrzostw świata bardziej ucieszyłoby mnie chyba tylko złoto na piłkarskim mundialu (wiadomo, piłka to piłka).

Dla wszystkich, którzy oglądają skoki od lat i w zimowe sobotnie, a także niedzielne popołudnia zbierają się przed telewizorem, drużynowy konkurs w Lahti był wielkim przeżyciem. Pamiętam czasy, gdy serca polskich kibiców zdobywał Adam Małysz. Jego sukcesy cieszyły fanów skoków, ale martwiło to, że poza zawodnikiem z Wisły nie mieliśmy żadnego innego skoczka, z którego moglibyśmy być dumni. Przewijało się wielu. Pochwała, Bachleda, Skupień, Długopolski, Sliż czy też często na wyrost wyśmiewany Robert Mateja, który  potrafił zająć piąte miejsce na Mistrzostwach Świata i kilka razy wskoczyć do pierwszej dziesiątki zawodów pucharowych. Potem pojawił się młody Kamil Stoch, którego siódme miejsce w pojedynczym konkursie potrafiło trafić na czołówkę wiadomości. To tylko pokazuje jak słabe były polskie skoki, a jednocześnie jak duże było pragnienie sukcesów odnoszonych przez innych Polaków, a nie tylko i wyłącznie Małysza. Wówczas nikt nawet nie był w stanie sobie wyobrazić, że kilkanaście lat później Polska zostanie drużynowym mistrzem świata. Jeszcze dekadę temu szóste miejsce było czymś, co przyjmowaliśmy z zadowoleniem. Tymczasem po latach Kamil Stoch zdobył wszystko, co było do zdobycia. Do czołówki wdarł się Piotr Żyła. Pojedyncze zwycięstwa odnosili Krzysztof Biegun i Jan Ziobro. Wywalczyliśmy dwa drużynowe medale. Wreszcie w obecnym sezonie drużyna wygrywała zawody Pucharu Świata, Dawid Kubacki udowodnił, że stać go na osiąganie przyzwoitych wyników, a Maciej Kot stał się jednym z najlepszych zawodników na świecie.

„Polskie skoki narciarskie składają się z Adama Małysza i całej reszty, której nie ma”. Pamiętam te słowa Włodzimierza Szaranowicza wypowiedziane kilkanaście lat temu przy okazji kolejnego niepowodzenia naszych skoczków na dużej imprezie. Mimo tak dużych niepowodzeń miliony Polaków kochały skoki. Sportowcy szybujący w powietrzu na niewyobrażalne odległości przyciągali przed telewizory rzesze kibiców znad Wisły. I wreszcie dostaliśmy to, na co czekaliśmy. Złoty medal Mistrzostw Świata. Wygraliśmy z Norwegią, Austrią, Niemcami czy Słowenią. Stefan Horngacher doprowadził Kamila Stocha, Macieja Kota, Piotra Żyłę i Dawida Kubackiego do spełnienia marzeń. Warto było czekać. Niedzielne obiady spożywane przed telewizorem, tłumy pod Wielką Krokwią, dzieci usypujące ze śniegu skocznie, na których można skoczyć kilka metrów. Nie wszystkim muszą się podobać skoki. Tak jak nie wszystkim podoba się piłka nożna. Nie wszyscy zaczytują się w powieściach grozy Stephena Kinga, nie wszystkich pasjonują przygody Jamesa Bonda i nie wszyscy pochłaniają godzinami amerykańskie seriale. Ale jestem skłonny stwierdzić, że skoki narciarskie to od lat część naszej kultury. To coś, co towarzyszy nam od lat, bywa przyczyną wielu dyskusji i okazją do wspólnego przeżywania emocji. Nie jest to sport narodowy w większości krajów? Oczywiście. Ale co mnie to obchodzi. Radości po niedawnym wyczynie naszych skoczków nie potrafi mi to odebrać.