Wytrwała Chelsea wygrywa Ligę Mistrzów UEFA 2011/2012!

To był fantastyczny finał. Nikt nie byłby w stanie napisać tak pięknego scenariusza, jaki został wcielony w życie w sobotę, 19 maja 2012 roku na Alianz/Fussball Arena w Monachium!

Wpis dedykuję wszystkim tym, którzy niejako „poprosili” mnie o niego na facebooku 🙂 

W tym meczu mieliśmy chyba wszystkie najlepsze składniki na stworzenie niezapomnianego spotkania – bramki, emocje, dużo strzałów, dramaturgii, także zwroty akcji, wielcy zwycięzcy i pokonani. Takie wygrane ekstremalnie cieszą tych, którzy triumfują, ale również niesamowicie przygnębiają, załamują przegranych. W trakcie przerwy pomiędzy dogrywką, a rzutami karnymi pomyślałem sobie, że był to ostatni taki moment, gdy zarówno Bayern jak i Chelsea były tak samo blisko pucharu. Sport, a zwłaszcza piłka nożna jest jednak brutalny/piękny (niepotrzebne skreślić) oraz bezwzględny, co pokazało się podczas serii jedenastek – w ciągu kilku kwadransów Bawarczycy balansowali na linii niebo-piekło. Skończyli w tym drugim.

Wydawało się, że piłkarze z Monachium lepszych okoliczności do wygranej mieć już nie mogli – od początku wyzbyli się tremy, nerwów i przystąpili do ataku niesieni dopingiem własnej publiczności. W przekroju całego meczu mieli niesamowitą, wręcz miażdżącą przewagę w posiadaniu piłki, liczbie oddanych strzałów, przyznanych rzutów rożnych itd. Oprócz tego, pierwsi strzelili bramkę, brakowało im kilku minut do triumfu w 90 minutach. Bawarczyków końcowy rezultat boli, gdyż to trzecie rozgrywki tego sezonu, w których zajmują oni drugie miejsce. Jednak w tym przypadku byli oni najbliżej. Te łzy rozpaczy są zdecydowanie usprawiedliwione.

Gdyby tak za optykę przyznawano puchar, to finałowy bój zakończyłby się dość szybko – gospodarze zachwycali różnorodnością – były szybkie kontrataki, ale i długie rozgrywania piłki, stałe fragmenty oraz mnóstwo podań w dobrym tempie. Inicjały (FCB) w sumie by do tego pasowały…

Przez znaczną część pierwszej i drugiej połowy styl gry Chelsea przypominał te z ćwierćfinałów i półfinałów – byle dotrwać do końcowego gwizdka. Stracony gol wymusił na nich bardziej ofensywną postawę – wprowadzony został Fernando Torres, a po drugiej stronie Jupp Heynckes zdjął strzelca bramki, Thomasa Mullera. Według mnie za wcześnie trener gospodarzy chciał zrobić mu standing ovation i, jak się potem okazało, strzelił sobie w stopę. Podobno napastnik reprezentacji Niemiec złapał jakąś kontuzję, ale w takim razie dlaczego wszedł van Buyten – zawodnik wręcz antyofensywny?!

Gdy Drogba wyrównał stan meczu, przez moment przemknęła mi myśl, że może dojść do „powtórki” z 1999 roku. Monachijczycy już witali się z gąską w ogródku, a ostatecznie znów skończyli jak indyk myślący o niedzieli (zbieżność dni tygodnia tym razem przypadkowy). Wprawdzie przez pół godziny dogrywki także stwarzali jeszcze wiele sytuacji, ale to już nie był ten błysk, który widzieliśmy przez pierwsze osiemdziesiąt-kilka minut.

Pora na pochwały indywidualne. Wśród pokonanych należą się one przede wszystkim Phillipowi Lahmowi, który był głównym konstruktorem akcji swojego zespołu. Jego kolegów nie będę zbytnio jednak wyróżniał, bo zabrakło im skuteczności i przez to finał zakończył się właśnie w ten sposób. Wypadałoby więc wysławić wszystkich razem i z osobna wśród londyńczyków, ale ograniczę się tylko do kilku. Didier Drogba – za to, że wytrzymał presję związaną z rzutem karnym, lecz przede wszystkim za niesamowitą pracę wykonaną podczas niemal 3-godzinnej walki na boisku. Także cała linia defensywna Niebieskich – poświęcenie, jakim wykazali się zwłaszcza Ashley Cole i Gary Cahill – zasługuje na wiele ciepłych słów. A Petra Cecha to się bójmy, bo wpadnie do nas w czerwcu! Szczere, wielkie gratulacje dla trenera Roberto Di Matteo, który w 3 miesiące odrodził wielkość The Blues, a tego wieczoru wszyscy związani z drużyną przez niego prowadzoną zostali wynagrodzeni.

Patrząc przez pryzmat nie tylko tego meczu, ale i całego sezonu w Champions League, puchar przyznałbym jednak gospodarzom. Jak wspominałem podczas zapowiedzi finału, po drodze do Monachium odnosili bardziej przekonujące zwycięstwa. Klub ze Stamford Bridge zaś chciał po prostu przetrwać napór stwarzany przez rywali. Tym razem ta taktyka okazała się skuteczna. Może nie była zbyt widowiskowa, ale efekt końcowy jest, prawda? Dlatego nikt niczego nie zarzuci, wszystko zostało odpuszczone wraz z chwilą, gdy piłka minęła linię bramkową po rzucie karnym bitym przez Drogbę.

Bardzo się cieszę, że piłkarze obu ekip spełnili moje życzenie. Ten finał był naprawdę świetny – dynamiczny, emocjonujący i trwał dłużej niż 90 minut. Tak trzymał w napięciu, że szkoda mi było opuszczać nawet kilku sekund, aby pójść na przykład po coś do picia. Paczki chipsów wystarczyło mi na niecałe 45 minut. Potem karmiłem się już tylko i wyłącznie spektaklem stworzonym przez graczy Chelsea i Bayernu. Dziękuję im za to! Kolejny raz Liga Mistrzów udowodniła, że warto ją kochać!

Tej nocy nie ma znaczenia to, że Di Matteo wyrzucał z Ligi Mistrzów moje ulubione drużyny. Chylę przed nim czoło za to, co zrobił – m.in. zapobiegł pęknięciu mojego serca 🙂
Raz jeszcze wielkie brawa dla włoskiego trenera i jego drużyny! Zapracował sobie na wysoki kontrakt na kolejne sezony. Co będzie w Monachium? Nie wiadomo, tam w tej chwili płaczą po porażce…

PS. Ze względu na późną porę publikacji, zastrzegam, że mogę coś jeszcze tu dodać, ale to już za dnia 🙂


pubsport.pl
Krzysztof Sędzicki
Uczeń I LO w Łodzi. Już jako przedszkolak oglądałem transmisje sportowe w telewizji. Kilka lat pograłem w koszykówkę, ale nie spodobała mi się i już pod koniec gimnazjum przerzuciłem się na amatorską odmianę siatkówki i skoku wzwyż. Pasjonuję się wieloma dyscyplinami, przede wszystkim piłką nożną, siatkówką, formułą 1 i skokami narciarskimi. Czasami lubię też pooglądać inne sporty, np. koszykówkę, biathlon, tenisa, snookera, darta... Nie ma tygodnia, żebym czegoś nie obejrzał! Tak, uznawaj mnie za sportowego maniaka! Dobrze mi z tym! W przyszłości chciałbym zostać dziennikarzem - komentatorem sportowym. Póki co, próbuję swoich sił na kilku frontach - na blogu (sedzik.blox.pl), tele-sport.pl, TakSięGra TV i właśnie tu, na Pubsport.pl, gdzie piszę artykuły, felietony, relacje i robię kilka rzeczy, których nie widać gołym okiem, gdzieś tam "za kulisami".
http://sedzik.blox.pl