Z dystansu: jeden znak zapytania

Zainspirowany fachowością „Wejścia nakładką”, którą częstuje nas regularnie na łamach PubSportu Damian Ślusarczyk, przedsięwziąłem swój autorski projekt o kontrastowej do pierwowzoru nazwie: „Z dystansu”. Na pewno częstotliwość ukazywania się kolejnych odsłon cyklu nie będzie tak imponująca, jak u mego imiennika. Jeśli „nakładkę” możemy rozpatrywać w kategoriach gazety codziennej, „z dystansu” będzie tygodnikiem. Nie przedłużając, tyle tytułem wstępu.

Wczoraj nasza kadra narodowa została sprowadzona na ziemię. Lekcję pokory odebraliśmy od Włochów, którzy niespecjalnie się wysilając, zaaplikowali nam dwie bramki i wypadli o niebo korzystniej w przeciągu całego spotkania. Może chociaż do wtorkowej potyczki z Węgrami podejdziemy czołobitnie, bo po remisie z Niemcami ewidentnie urosło naszym ego, a nasłuchawszy się statystyk, jakobyśmy nigdy nie przegrali z Włochami u siebie, podopieczni Smudy wyszli na boisko zbyt pewni swego. Paradoks, prawda? Jeszcze do niedawna drżały im nogi, a teraz patrzą na rywala z góry. Może to za sprawą Święta Niepodległości poczuli się niczym husarzy. Niestety zaprezentowali się jak nasza legendarna formacja wojskowa pod Gniewem, czyli po prostu wyraźnie przegrali. Wykorzystując nawiązanie historyczne, przychodzi zapytać, czy i w tym wypadku będzie to zwiastun rychłej klęski. Jednak najpierw trzeba siedzieć na koniu, żeby z niego spaść, a my od dwóch lat nieudolnie próbujemy na niego wskoczyć. Tym samym efektownego upadku nie będzie, a co najwyżej delikatne osunięcie się w dół. Przy tej okazji warto zaznaczyć, że mecz z Niemcami, który tak zawrócił kadrowiczom w głowach, powinien zakończyć się wynikiem analogicznym do wczorajszego, tzn. dwu~ lub trzy~ bramkowym zwycięstwem rywala. Przy czym wtedy dało się jeszcze wyłapać nastrajające optymistycznie elementy gry ofensywnej, natomiast z Włochami szwankowało już wszystko. Długo by ciągnąć ten wątek i atomizować naszą futbolową goliznę, ale pierw dajmy naszym Orłom (?) wykazać się we wtorek. A nuż maszyn(k)a zaskoczy?

Tych, którzy obawiają się o moją percepcję rzeczywistości, uspokajam: tytuł nie nawiązuje bynajmniej do sytuacji w reprezentacji Polski. Mowa oczywiście o barażach Euro 2012, które są na półmetku. Pierwsze pojedynki złaknionych przyszłorocznej imprezy dały już w zasadzie odpowiedzi na trzy z czterech pytań. Prawdopodobnie:

– Sergei Pareiko nie porozmawia sobie z Cezarym Wilkiem o tym, które miasto w Polsce warto wybrać na miejsce przygotowań do mistrzostw. Jego Estonia wręcz poległa przed własną publicznością w Tallinie. Aktualny mistrz Polski z Wisłą Kraków może obwiniać się za utratę trzeciego gola, kiedy to po interwencji nogami, wyłożył piłkę Robbiemu Keane’owi. Przy pozostałych mógł co najwyżej pytającym spojrzeniem szukać kolegów z obrony.

– Szampana mrożą Chorwaci, którzy dali lekcję skutecznego futbolu Turkom. Pomimo że Guus Hiddink całkiem przyzwoicie przygotował swoich podopiecznych, ponieważ ci długimi fragmentami prowadzili grę, będzie zmonitowany opuścić Turcję ze spuszczoną głową. Miał pożegnać się półfinałem mistrzostw Europy, ale lepszy okazał się Slaven Bilić. Chorwacja prezentuje naprawdę wysoką kulturę gry, a fakt, że Eduardo wchodzi dopiero w 90. minucie, najlepiej świadczy o potencjale ofensywnym drużyny.

– Potencjalny debiutant mistrzostw Europy, a więc Czarnogóra będzie zmuszona poczekać na swoją szansę kolejne cztery lata. Co prawda dwubramkowa strata jest do odrobienia; zwłaszcza, jeśli przyjmiemy, że w roli gospodarza wypada się znacznie korzystniej. Jednakowoż Czarnogórcy są raczej pod formą. Kiedy po 4. meczach grupowych mieli 10. punktów (pokonali Bułgarię, Walię i Szwajcarię, a z Anglią zremisowali), cała piłkarska Europa patrzyła na nich z podziwem. W tym roku jest już dużo gorzej. Reprezentacja nie wygrała żadnego meczu o punkty, doszło do zmiany selekcjonera, a na domiar złego Czesi mają przed rewanżem solidną zaliczkę.

Podkreślam: prawdopodobnie. Wszakże nie takie historie zna już piłka nożna. Tutaj jednak nie bardzo dajemy wiarę, że tegoroczne baraże napiszą kolejną/e. Podchodzimy przecież z dystansem ( 😉 ). Pozostaje więc jeden znak zapytania, który na swoje rozwiązanie będzie wyczekiwał w Lizbonie. Bośnia i Hercegowina wcale nie stoi na straconej pozycji. Zwykło się przyjmować, że bezbramkowy remis na własnym terenie jest raczej niekorzystny. Niby każdy bramkowy remis w drugim meczu premiuje awansem, aczkolwiek na wyjeździe każdy gol przychodzi ze zdwojoną trudnością. Przybysze z Bałkanów mają jednak papiery na to, żeby sprawić nie lada niespodziankę i nie wpuścić Portugalczyków na Euro 2012. Portugalczyków, od których bije ostatnio blichtr; którzy są ze sobą skłóceni, u których w szeregach wielkie gwiazdy to tylko cienie samych siebie z realiów piłki klubowej i którzy w minionych pojedynkach z Danią, a także z Bośnią i Hercegowiną właśnie, byli bardzo nieskuteczni. Zdradzę Wam, że u bukmacherów postawiłem na wczorajszych gospodarzy. Cóż, nie trafiłem. Przed rewanżem dłużej się nad takim krokiem zastanowię, chociaż gdzieś w głowie kołacze się myśl, by znowu uwierzyć w, mimo wszystko, kopciuszka.


pubsport.pl