Z dystansu: rodzynek czy jaskółka?

Środowe spotkanie z piłkarską Ligą Mistrzów było jednym z najgorętszych w ostatnich latach. Nie chodzi mi bynajmniej o kaliber sensacji, jaka miała miejsce, a o jej porę. Kiedy bowiem żegnaliśmy ostatnio giganta pełną gębą już po fazie grupowej? Owszem byliśmy świadkami wielu mniejszych bądź większych niespodzianek, lecz to wszystko działo się na wiosnę, a nie jesienią. Natomiast z edycji 2011/12 już w grudniu odpadli piłkarze Manchesteru United. Na dokładkę lojalnie dołączyli do nich koledzy zza miedzy, czyli „The Citizens”.

Środowe zwycięstwo FC Basel nad europejskim dominatorem przez duże D Manchesterem United zupełnie zbiło mnie z tropu. Wydawało mi się, że ekipa Sir Alexa Fergusona zmierza w tym sezonie w bardzo dobrym kierunku. Można krytykować powtarzalność wyniku 1-0 pod kątem widowiskowości, ale pod kątem efektywności jest on naturalnie nieoceniony. Właśnie taki rezultat był dla „Czerwonych Diabłów” remedium na klęskę w derbach Manchesteru. Wygrali oni w tenże sposób z Evertonem, Sunderlandem, Swansea oraz Aston Villą, a w międzyczasie tylko jedno spotkanie ligowe zakończyło się w ich przypadku innym wynikiem. Zremisowali z Newcastle 1-1 po tym, jak sędzia obdarował rywali karnym z kapelusza. Ta regularność i solidność piłkarzy Manchesteru United zwiastowała naprawdę niezły w ich wykonaniu okres grudniowo-noworoczny, że taką terminologię pozwolę sobie przyjąć. W środę dotarł do nas jednak sygnał zupełnie sprzeczny. Okazało się, że „Czerwone Diabły” to w tym momencie kolos na glinianych nogach.

Bardziej od sytuacji w obozie manchesterowskim interesuje mnie jednak moment, w jakim nastąpiła takiej skali sensacja. Cofnąłem się wstecz i przejrzałem zestawienia grupowe od edycji 2004/05.  Pamiętne rozgrywki… Zwłaszcza za sprawą Liverpoolu, który na 4 minuty przed końcem ostatniego grupowego pojedynku wcisnął bramkę zapewniającą im awans, by później wygrać całe rozgrywki. Zarówno w grupie z Olympiakosem, jak i w finale z Milanem udało się Anglikom odrobić straty i strzelić 3 potrzebne bramki. Ale do rzeczy. Przez siedem lat byliśmy świadkami tylko dwóch porównywalnych sensacji jeszcze w grudniu. Mowa tutaj o Juventusie Turyn, który odpadł w sezonie 2009/10 kosztem Bordeaux oraz… Manchesterze United, który w rozgrywkach 2005/06 zajął ostatnie miejsce w grupie z Lille, Benficą i Villarreal. Wyobrażacie to sobie? 7 długich lat i tylko dwukrotnie krezusi żegnali się z Ligą Mistrzów przed końcem roku kalendarzowego. Ktoś powie nawet, że tylko raz mieliśmy taką okoliczność, gdyż Juventus był przed dwoma laty organizmem niedomagającym, który zaraz miał popaść w totalną przeciętność. Zapewne będzie w tym wiele racji.

Smaczku kompromitacji Manchesteru United dodaje jeszcze wpadka lokalnego rywala, który, pomimo że w roli debiutanta, nosił się z zamiarem zawojowania świeżo upolowanej Ligi Mistrzów. „The Citizens” czekali i czekali, aż wreszcie się doczekali hymnu Champions League na własnym stadionie, choć wybrzmiał on ledwie trzykrotnie i zamilkł na kolejne miesiące. Silniejsze okazały się Napoli i Bayern, co jest o tyle niezrozumiałe, że przecież Manchester City gra olśniewająco w bieżącej kampanii Premier League. 12 wygranych, 2 remisy – oto bilans podopiecznych Roberto Mancini’ego.  Pogromcy wciąż nie znaleźli, a na placu boju pozostało już tylko 5 zespołów; wśród nich dwie szumne nazwy – Chelsea i Arsenal. Rozczarowanie w szeregach „The Citizens” było o tyle mniejsze, że rozciągnęło się w czasie. Odpadnięcie z rozgrywek jest bowiem przede wszystkim pokłosiem porażki w przedostatniej serii spotkań w Neapolu, a nie zwycięstwa w ostatniej z głęboką rezerwą Bayernu. Nie da się zatem nie zauważyć, że tutaj porażka nie boli tak bardzo. Zwłaszcza, że wciąż przewodzi się ligowej stawce. Boli jednak Anglików jako środowisko kibiców, działaczy, piłkarzy i trenerów, gdyż jeszcze nie tak dawno wprowadzali 3 drużyny do półfinałów, a teraz grupowy przesiew spowodował, że tylu przedstawicieli nie mają nawet w 1/8 finału. Pytanie tylko, czy to realne obnażenie słabostek angielskich klubów, czy raczej przypadek.

Krzywdzącym jest, że pierwsze strony, akapity czy zdania traktują o blamażu Manchesteru, a dopiero w dalszej kolejności pojawia się ciepłe słowo na temat FC Basel. To zjawisko powieliłem dość mechanicznie również ja, ale już taka natura ludzka, że najpierw skupiamy uwagę na czyjejś nieudolności, a później czyimś sukcesie. Niemniej warto zauważyć, że Szwajcarzy już w pierwszym meczu postraszyli zespół Fergusona, remisując na Old Trafford 3-3. Stąd też ciężko mówić o przypadkowym zwycięstwie u siebie. Czy to by było na tyle ich popisów w tej edycji? Jeżeli takie sensacje są w stanie zafundować już w grudniu, to wcale nie muszą wypatrywać APOELu w piątkowym losowaniu. Na przestrzeni omawianych wcześniej lat ich wyczyn bliski był nadziejom Atrmedii Petrzałka, Aalborga, Anothosisu Famagusta czy Unirei Urziceni, ale na nadziejach się skończyło. Chociaż FC Basel to marka bardziej rozpoznawalna od wyżej wymienionych, to w konfrontacji z Manchesterem wypada bardzo blado. A właściwie wypadała do środy i pomimo że pewnie od czwartku wszystko wróci do normy, to dzisiaj jest 5 minut dla Marco Strellera i spółki.

Jedna kwestia pozostaje wciąż nierozwikłana. Czy pożegnanie Manchesteru United po fazie grupowej to kolejny rodzynek, który wypływa raz na kilka lat, czy znamię szerszego zjawiska? Wszakże odpadł również Manchester City, a więc solidarnie dwa najlepsze angielskie kluby koncentrują się już prawie tylko na zmaganiach ligowych. Pojawiają się natomiast gromadnie marki odświeżające nieco całe to towarzystwo. Jest APOEL, jest Napoli, jest Zenit czy w końcu – FC Basel. To może jednak jaskółka i za rok o tej porze, mówiąc kolokwialnie, poleci kolejny gigant piłkarskiego światka?


pubsport.pl