Z dystansu: ustatkowani

Wczorajsze zwycięstwo Borussii Dortmund na Allianz Arenie z świetnie dysponowanym w ostatnich tygodniach Bayernem Monachium można potraktować symbolicznie. Wszakże podopieczni Jurgena Kloppa jechali do stolicy Bawarii niczym do jaskini lwa, gdzie miała pożreć ich rozsierdzona i spragniona rewanżu za zeszłosezonowe niepowodzenie bestia. Jednak zamiast bestii mieliśmy do czynienia z bezzębną szkapą, która powieliła błędy z poprzedniego pojedynku. Nie umniejsza to bynajmniej zasługi przyjezdnych, którzy najwidoczniej czują się w Monachium jak u siebie w domu.

Bayern pałał żądzą rewanżu nie tylko za odbite przez Borussię mistrzostwo kraju, ale również, a może przede wszystkim, przegrane 1-3 spotkanie z lutego br., kiedy to rywale olśnili swoją grą całą piłkarską Europę i utorowali sobie drogę po ligowy triumf. Do tamtego meczu będę wracał wspomnieniami jeszcze wielokrotnie. Było to widowisko absolutnie pierwszorzędne, które okrzyknięto jednogłośnie najatrakcyjniejszym w całym sezonie. Ponadto byliśmy świadkami nie tyle narodzin wspaniałego kolektywu, co jego dojrzewania, gdyż zawodnicy z Signal Iduna Park zadali wtedy kłam teorii, jakoby runda jesienna była w ich wykonaniu tylko przypadkiem; łutem szczęścia, który nie może trwać w nieskończoność. Zaprezentowali się względnie dojrzale, unaoczniając bolączki miejscowych. Kibice byli pod ogromnym wrażeniem.

Wczoraj miało natomiast miejsce wydarzenie bez precedensu. Borussia nie zabłysnęła wcale młodzieńczą fantazją, jak to czyniła równy rok temu; nie zabłysnęła też wcale piłkarskim optymizmem, czym zaskoczyła w trakcie ostatniej potyczki z Bayernem; zabłysnęła nade wszystko sprytem i wyrachowaniem, czego można było się prędzej spodziewać po drużynie Juppa Heynckesa. Borussia wygrała dzięki solidności obrony z Matsem Hummelsem na czele, przebłyskowi geniuszu Mario Goetze i doskonałym schematom taktycznym Jurgena Kloppa. Pomimo że początek sezonu nie był w Dortmundzie najlepszy, wszystko zaczyna powoli wracać do normy. Przynajmniej na boisku, bo w tabeli wciąż wiele jest do skorygowania. Po 13. kolejkach zeszłego sezonu późniejszy triumfator rozgrywek zgromadził 34 punkty, mając zarazem 14. przewagi nad Bayernem. W tym zaś na koncie Borussii widnieje 26 oczek, przy czym najgroźniejsi rywale mają o 2 więcej. Na pewno mamy podstawy, by sądzić, że klub z Zagłębia Ruhry nie podda się dość aktualnym w lidze niemieckiej trendom do hucznych upadków świeżo upieczonych mistrzów kraju. Tak było ze Stuttgartem, tak było również z Wolfsburgiem, ale coraz mniej wskazuje na to, jakoby podobnie miało być z Borsusią. Spora w tym zasługa Lewandowskiego, którego nie musimy się już wstydzić. Jego znakiem rozpoznawczym nie są już seryjnie marnowane sytuacje do zdobycia gola, a wszechstronność i uniwersalność, do podpatrzenia których namawiali Mario Gomeza po wczorajszym spotkaniu dziennikarze portalu Goal.com.

W środę wieczorem Borussia Dortmund do pary z Arsenalem Londyn skradną nam telewizyjne odbiorniki kosztem chociażby europejskiego klasyku AC Milan – FC Barcelona. Mowa oczywiście o transmisji polsatowskiej, z której mam (nie)przyjemność korzystać, jak większość sympatyków. Stąd też zastanawiam się, pomimo mojej odruchowej przychylności ku dortmundczykom, czy nie byłoby lepiej, gdyby nie wygrali oni rewanżu z Olympiakosem Pireus i odpadli z rywalizacji o wyjście z grupy. Dochodzą nas przeto głosy, jakoby na zawojowaniu europejskich pucharów wcale Borussii nie zależało, co podyktowane jest interesem finansowym. Po prostu dla klubu ekonomiczniej jest zająć miejsce 1.-3.  na własnym podwórku (bądź nawet 4., gdyż Niemcy przeskoczyli w rankingu UEFA Włochów i od przyszłego roku czwarta ekipa Bundesligi będzie rozbijać się po eliminacjach do Ligi Mistrzów) niż awansować z grupy w Europie. Jednak przede wszystkim Polsat zaoferowałby nam w środę najsmaczniejszy kąsek z najlepszej piłkarskiej kuchni, czyli starcie na San Siro. Już kiedy rozlosowano tegoroczne grupy Ligi Mistrzów, przewertowałem terminarz rozgrywek i pochyliłem się nad przedostatnią serią spotkań. Byłem bardzo ciekawy, które ze spotkań stacja zaserwuje nam 23 listopada. Nie ukrywam – liczyłem, że dla polsatowej wierchuszki ważniejsze jest to, co podpowiada rozum, nie serce. Nie powiem, że się zawiodłem, bo podświadomie takiej właśnie decyzji się spodziewałem. Jednak tli się we mnie obawa, że zalewanie nas zewsząd Lewandowskim i Piszczkiem, w końcu zbrzydnie nam okrutnie. Niemniej żywię głęboką nadzieję, że mecz z Arsenalem będzie kolejnym dowodem na to, że w Dortmundzie po okresie narodzin i dojrzewania, przyszedł czas na ustatkowanie się.


pubsport.pl