Żal do Pereza

Meksyk nigdy nie był znaczącą siłą w światowej piłce, na niwie reprezentacyjnej przed laty na ogół w brutalny sposób musiał uznawać wyższość rywali, gdy tylko wyściubił nosa poza mizerną strefę CONCACAF. Zła karta odwróciła się na mundialu w Brazylii, gdzie Meksykanie dzielnie walczyli, mimo iż akurat po nich przeciętny kibic wiele sobie nie obiecywał, tak czy inaczej śmiało można stwierdzić, że nie zawiedli, co więcej- dodali kolorytu tym arcyciekawym mistrzostwom. Potrafili przeciwstawić się Brazylii, wtedy jeszcze nie tkwiącej w marazmie, najbardziej zaimponował ich bramkarz Ochoa, który stanowił swego rodzaju opokę, na nim zawsze można było polegać. Tak czy inaczej ten oszałamiający występ na brazylijskim mundialu był pewnie incydentalny, los zrządził, że Meksykanie na moment wydźwignęli się z piłkarskiego niebytu, tradycje piłkarskie przecież mają nikłe, legendarny Hugo Sanchez to ikona tamtejszego futbolu, ale dla młodszych kibiców piłkarz absolutnie nieznany. O sobie daje pamiętać dziś ”Chicharito” Hernandez, który zaliczył wspaniały etap kariery w Manchesterze United, jednak dopiero za sprawą występów w królewskiej koszulce Realu Madrytu pokazał się szerszej publiczności, oczywiście z jak najlepszej strony. Jednak niestety jego pobyt na Santiago Bernabeu dobiegł końca, Florentino Perez chciał, by był to tylko epizod, Wielki Flo jak zwykle był bezwzględny, choć przecież zaciągnął u ”Chicharito” dług wdzięczności, to on przedłużył jego sen o królewskiej potędze. W Realu jednak nie ma miejsca na kompromis i uczucia, tam obowiązują twarde zasady, a makiawelistyczny Perez nie ugnie się przed niczym i nikim, jak postanowi, tak będzie, nawet gdy okoliczności odejścia piłkarza są szczególne, jak w tym przypadku, nie ma skrupułów.

Przepraszam za lekko przydługawy wstęp, ale chciałem w nim zawrzeć pokrótce najważniejsze informacje, a tak w ogóle ten tekst proszę traktować jako mały przerywnik od Copa America, mistrzostwa Ameryki Płd, na których notabene gościnnie występował także Meksyk(odpadł w rozgrywkach fazy grupowej) wkraczają w decydującą fazę i dopiero teraz zaczną się emocje na całego, jak dotychczas bowiem turniej sprawił nam srogi zawód, mało było w nim wirtuozerii i piękna w najczystszej postaci, zatem jako rozgoryczony miłośnik piłki południowo-amerykańskiej postanowiłem wyłamać się z pewnych schematów i wziąć na tapetę temat bardziej niebanalny, który w mediach nie był szczególnie nagłaśniany, co zresztą mnie trochę dziwi. Mianowicie chodzi o odejście ”Chicharito” Hernandeza z Realu Madryt. Piłkarz, który w pewnym momencie stał się bohaterem Madrytu i który w glorii strzelca jedynego i zwycięskiego gola w morderczych derbach Madrytu, które były w tym roku bojem o półfinał LM, mógł przemierzać stolicę Hiszpanii rozpromieniony, został zbyty ot tak, bez namysłu się go pozbyto. Gdzie tu logika? Real w starciach z Atletico cierpiał permanentnie, a pomyśleć, że przed laty ukuto termin ”sufridores” dla graczy z Vicente Calderon. Kiedyś to oni byli miażdżeni przez lokalnego kolosa, dziś stali się przeciwwagą dla dwójki hiszpańskich hegemonów, o ile Barcelona znalazła wreszcie patent na Atletico, a Leo Messi odblokował się w konfrontacjach z tym mało przystępnym rywalem, to Real stale cierpiał katusze. Gracze Diego Simeone stali się jego naturalnym prześladowcą. ”Chicharito” ich jednak zmógł w ćwierćfinale LM, nie Cristiano Ronaldo, nie James Rodriguez, nie jakiś inny gwiazdor, tylko niepozorny chłopak z Meksyku przesądził o zwycięstwie Realu. W nagrodę co dostał? Kontrakt wygasł, niech sobie szuka nowego klubu. Traktowanie piłkarzy przez Real po raz kolejny ociera się o farsę. Jednak w przyszłości być może sprawiedliwości stanie się zadość. Już bowiem nieraz zdarzyło się, że gracz, który został w białej części Madrytu nieładnie potraktowany, dokonywał potem słodkiej zemsty na niewdzięcznym klubie. Dotyczy to chociażby Alvaro Moraty, który w półfinale LM swoimi dwoma golami wprawił Madryt w osłupienie.

”Chicharito” to nie jest bez wątpienia żaden piłkarski wirtuoz, ale też trudno nazwać go wyrobnikiem. To właśnie on w rewanżowym meczu ćwierćfinału LM tchnął w zespół ducha walki, on wyrażał tę wolę, był niezmordowany, a przy tym momentami nieuchwytny. Owszem, zmarnował sporo sytuacji, zanim trafił do siatki, ale w przeciwieństwie do Karima Benzemy wykazywał jakąś inicjatywę na boisku, był pod grą, szukał piłki, więc i ona go szukała. Karim Benzema to ulubiony boiskowy partner Cristiano Ronaldo. Francuz słynie z ponadprzeciętnej techniki, ”Chicharito” zapewne nie ma jej zaawansowanej aż w takim stopniu, tym niemniej Benzema rzadko robił użytek z tej właśnie umiejętności. Zwykle szamotał się, bezładnie kopał piłkę, zaczął notować coraz więcej podań, choć jego powinnością jest przecież strzelanie goli. W Realu mają tylu graczy na tyle błyskotliwych, że Francuz spokojnie mógłby się zając tym, czego od klasycznego napastnika się wymaga, on jednak nie chciał, ale mimo że grał marnie, zaufania trenera nie stracił. Wiadomo, za trenerem stoi prezes, w tym przypadku na dodatek wszechwładny, Benzema zatem miał monopol na granie, a ”Chicharito” zaczął wkraczać do akcji dopiero pod koniec sezonu, kiedy wskutek przesilenia piłkarzom brakowało już sił do biegania.

Trudno mi zrozumieć, jak można było pozbyć się tak klasowego piłkarza, już nawet w roli zmiennika mógłby się pojawiać na boisku, ale żeby w ogóle. Brak słów. W Manchesterze United był fantastycznym jokerem, więc dlaczego nikt o tym nie pomyślał, w Realu Ancelotti nawet takich szans mu nie dawał, bo jego trenerskie credo brzmiało: gwiazdy muszą grać do końca. Na finiszu zaczęły odczuwać boleśnie trudy ciężkiego sezonu, to Meksykanin przełamał głęboki kompleks Realu, czyli w pojedynkę rozprawił się z Atletico.

W końcówce sezonu Cristiano Ronaldo był cieniem samego siebie, ale on dołuje już od dłuższego czasu. Już chyba nic nie zatrzyma tego sukcesywnego zjazdu po równi pochyłej. Tylko James brał na siebie ciężar gry, ale też nie zawsze, natomiast na ”Chicharito” można było liczyć w chwilach próby. Szkoda, że piłkarski ignorant Perez i człowiek któremu obsesja na punkcie zaprowadzenia Realu na sam szczyt namieszała w głowie, tego nie dostrzegł, Ancelottiego również wylał z pracy raczej pochopnie.

W Barcelonie Leo Messi chciał kiedyś widzieć Kuna Aguero, szefostwo klubu nie zawahało się jednak sprzeciwić największej gwieździe drużyny. Ja akurat jestem zdania, że Aguero w Barcelonie byłby kolejnym superbohaterem, ale zdecydowano się na Luisa Suareza i ogólny oddźwięk jego występów jest wręcz ekstatyczny. Nie jestem w stanie ocenić, czy Aguero byłby dla Barcy lepszym wyborem, ale skoro opcja z Suarezem bezsprzecznie się udała, widać że czasami należy podejmować ryzyko, dlaczego zatem Florentino Perez tak niewdzięcznie potraktował świetnego napastnika z Meksyku? Prawdopodobnie dlatego że futbol postrzega w jakiś zupełnie irracjonalny sposób. Zresztą gdzieś kiedyś przeczytałem kuriozalną rewelację o tym, że ”Chicharito” został sprowadzony do Madrytu tylko po to, by kwestie marketingowe polepszyć. Zwiększenie popytu na białe koszulki z jego nazwiskiem miało stanowić asumpt do przeprowadzenia tego transferu.

 barteknajtkowski.blox.pl

pubsport.pl