Zięć, kukułka i niedoszły Milanista

Fundamentem silnego zespołu jest zgranie między poszczególnymi zawodnikami. Banał, powiecie. Tylko jak osiągnąć ów zgranie, kiedy w składzie dochodzi do nieprzerwanych rotacji? Jak scalić fantazyjnych goleadorów w sprawnie działający mechanizm? Czego potrzeba, aby znaleźć odpowiednie przełożenia? Czasu, powiecie. Tylko ile dokładnie czasu potrzeba i czy cierpliwość w ogóle się opłaci? Pierwszym, który na poważnie wziął się za poszukiwanie odpowiedzi na powyższe pytania był w Anglii Roman Abramowicz. Teraz wyniki Rosjanina weryfikują Szejkowie. Czy Manchester City w ślad za Chelsea Londyn kupi mistrzostwo? A właściwie pytanie winno brzmieć – czy zrobi to już w tym sezonie?

Miałem przyjemność obserwować „The Citizens” w obu ligowych pojedynkach w rozpoczynającym się sezonie Premier League. Podkreślmy, przyjemność. Roberto Mancini wzorowo przepracował z zawodnikami okres przygotowawczy, a ponadto nie naruszył trzonu drużyny ofensywą transferową. Pojawił się Sergio Aguero, któremu wystarczyło pół godziny w debiucie, by na spotkanie z Boltonem wybiec już w podstawowej jedenastce. W przededniu odejścia z klubu Carlosa Teveza fani mogą być spokojni o kolejne bramki. Wielki Argentyńczyk zastępuje bowiem wielkiego Argentyńczyk. Podczas pojedynku ze Swansea zgromadzeni na Etihad Stadium kibice gardłowali: „Carlos who?”. Równie dobrze mogliby zakrzyknąć: „The king is dead, long live the king!”. Wszakże „El Kun” wysłał jasny i klarowny przekaz, że zamierza przejąć po marudnym rodaku pałeczkę. Tevez siedzi już na walizkach, chociaż jego transfer nie jest wcale przesądzony. Na placu boju o usługi króla strzelców ligi angielskiej pozostał już tylko Inter Mediolan, który dopiero co pożegnał się z Samuelem Eto’o. Jeśli działacze obu klubów nie osiągną porozumienia, Tevez wciąż będzie przywdziewał barwy Manchesteru City i niewykluczone, że nie będzie to wcale korzystne dla ekipy Roberto Mancini’ego.  A to dlatego, że trzeci zespół poprzedniego sezonu wygląda świetnie bez niego. Duża w tym zasługa zięcia Diego Maradony, ale nie tylko on zabłysnął na starcie rozgrywek.

Lato 2009 roku, Edin Dżeko po kapitalnym sezonie w Wolfsburgu, któremu mocno dopomógł w zdobyciu historycznego mistrzostwa Niemiec, jest zasypywany ofertami z czołowych klubów Serie A i Premier League. Przede wszystkim interesuje go jedna oferta. Z Milanu. Bośniak otwarcie deklaruje, że kibicuje „Rossonerim” i jego marzeniem byłaby gra na San Siro. Słowa te są wodą na młyn dla Adriano Galliani’ego, który właśnie poszukuje snajpera. Na drodze do transakcji stają jednak włodarze niemieckiego klubu. Żądają za swoją gwiazdę za dużo jak na ówczesną kieszeń mediolańczyków. Bośniak kontynuuje karierę w Bundeslidze, której zostaje królem strzelców w 2010 roku.  Na początku roku 2011 jest już graczem Manchesteru City za rekordową dla ligi niemieckiej kwotę 32 mln euro. Początki nie należą jednak do najłatwiejszych. Niedoszły Milanista nie okrasza zbyt często swoich boiskowych występów bramkami. Media coraz śmielej krytykują decyzję o sprowadzeniu Dżeko, wieszcząc, że będzie to kolejny drogi napastnik, któremu w klubie się nie powiedzie. Jednak dzisiaj sprawa prezentuje się już zupełnie inaczej. Bośniak trafił zarówno do siatki Swansea, jak i Boltonu, rozgrywając zarazem dwa kapitalne spotkania. Nie tylko był skuteczny pod bramką rywala, ale także w boiskowych poczynaniach. Można mnożyć przykłady zagrań w jego wykonaniu, które posunęły akcje „The Citizens” do przodu. Wielokrotnie imponował zmysłem do gry kombinacyjnej. Na dowód tego przytoczmy fakty – za oba spotkania otrzymał od portalu goal.com notę 8, a za dzisiejsze z Boltonem został ponadto wybrany zawodnikiem meczu. Zasłużenie. To już nie ten sam bojaźliwy Edin Dżeko z poprzednich rozgrywek, któremu wychodzi co trzecie zagranie. To pewny swoich walorów snajper, który z powodzeniem może brylować w wyjściowej jedenastce Roberto Mancini’ego.

Sergio Aguero i Edina Dżeko łączy na razie dobra dyspozycja na starcie (przełomowej?) kampanii oraz fakt, że obaj mają na koncie po dwa gole. W klubie jest jednak jeszcze ktoś spełniający te wymagania. „El Cuco” (hiszp. kukułka), czyli David Silva. Były skrzydłowy Valencii ma z tej trójki najdłuższy staż w zespole z Manchesteru i dał wyraźny sygnał, że nie ma zamiaru zwalniać tempa po wspaniałym w swoim wykonaniu poprzednim sezonie. Silva wyrobił sobie u Roberto Mancini’ego solidną markę. Zawodził bardzo rzadko albo prawie wcale, a etatowo kierował grą ofensywną kolegów. Najczęściej przychodziło mu pracować z Carlosem Tevezem, lecz ewidentnie zarówno z Aguero, jak i z Dżeko łączy go dobra boiskowa komitywa. Ci trzej muszkieterowie, którzy łącznie wpakowali w dwóch meczach Premier League 6 goli, potrafią ze sobą współpracować i nie ma ku temu żadnych wątpliwości.

Jak potoczą się dalsze losy tego tercetu? Czy znikną nam z oczu, czy będą świecić w tej konstelacji jeszcze jaśniejszym blaskiem? Na pewno są w stanie doprowadzić Manchester City do ligowego podium, a w przypływie wrażenia, jakie na mnie wywarli, pokuszę się nawet o stwierdzenie, że do mistrzostwa. Gwarantują bowiem jakość nie mniejszą niż ta, którą w ataku dumnie prezentuje konkurencja. Oczywiście do osiągnięcia sukcesu potrzebnych jest 20.-30. ludzi, ale akurat ta trójka zapowiada naprawdę fantastyczny sezon w swoim wykonaniu. Zięć, kukułka i niedoszły Milanista jeszcze nie raz nas zaskoczą.


pubsport.pl