Znowu to się stało…

Choć zaliczyliśmy najlepszy wynik w historii naszych występów na Mistrzostwach Europy, to po raz kolejny nie wyszliśmy z grupy na wielkiej imprezie. Tym razem nie ma co mówić, że „nic się nie stało”, bo stało się, i to dużo.

Od razu zaznaczam, że ten wpis będzie głównie poświęcony na analizę meczu, a nie dywagowanie o dalszym losie polskiej piłki. Wszystko to podsumowywać sobie będziemy potem. Lecz pisania wiele może nie być, bo spotkanie było mało ciekawe. To my dodawaliśmy tej walce do ciekawości. Wiedzieliśmy, że nawet skromne 1:0 da nam awans. Taki wynik padł, ale tego jednego gola mieli zdobyć Polacy…

Były ku temu okazje na początku gry. Od razu poszliśmy w stronę rywali, aby zaatakować czeską bramkę. Mogliśmy mieć mnóstwo okazji po stałych fragmentach gry, ale nie potrafiliśmy ich wykorzystać. Niestety, znów przyzwoicie prezentowaliśmy się jedynie przez pierwsze pół godziny. Jeszcze w końcówce pierwszej połowy mogliśmy stracić bramkę, bo Czesi po prostu się obudzili, zaczęli grać.

Kiedy w przerwie doszła informacja ze Stadionu Narodowego, że Grecja prowadziła 1:0 z Rosją, podpieczni Michala Bilka kompletnie zdominowali grę, nie dawali nam specjalnie szans na wyjście. Zaczęliśmy częściej faulować blisko bramki Tytonia. Nasi południowi sąsiedzi także nie wykorzystali swoich rzutów wolnych.

Odcięty był Robert Lewandowski, a w dodatku nie miał specjalnie kto mu zagrać, ponieważ dobrze kryli nas rywale. Kiedy zagęszczaliśmy pole gry mieli problemy, ale ta feralna akcja z 72. minuty musiała się tak zakończyć. To był kontratak, a jego szybkości nasi nie podołali. Wystarczyły dwa podania i jeden zwód Jiracka i zaczęliśmy dostrzegać widmo odpadnięcia z Euro.

Ostatni kwadrans to już był taki łabędzi śpiew. No, może z wyłączeniem prób Lewandowskiego i Perquisa, ale ich efekt widzieliśmy. Wraz z końcem meczu skończyło się wiele rzeczy, ale o tym będzie jeszcze okazja napisać.

Ale do tej 72. minuty wierzyliśmy. Futbol to taka gra, gdzie wystarczy jedna przypadkowa akcja i można wszystko zdobyć lub stracić. Nie było specjalnie podstaw do tego, aby stworzyć jakąś porządną akcję i pokonać po niej Petra Cecha. Przyznam się szczerze, że jeszcze w pierwszej połowie oczekiwałem po prostu cudu. Niestety, tak to trzeba otwarcie nazwać.

Miałem wrażenie, że brakowało nam koncepcji na atakowanie. Ludo Obraniak spisał się poniżej oczekiwań, podobnie jak Łukasz Piszczek, który miał nakręcać nasze akcje. Chęci do walki odmówić nie można było pozostałej trójce, Boenischowi, Perquisowi i Wasilewskiemu, ale po pewnym czasie tak, jak wszystkim, również im, zabrakło sił.

Najlepszym zawodnikiem w polskim zespole był oczywiście Przemysław Tytoń. Chyba nie wymaga to większego tłumaczenia. Potwierdził, że dobrym wyborem było postawienie na niego w sobotnim spotkaniu. Bohaterem całego spotkania został Petr Jiracek przede wszystkim za bramkę, ale nie tylko. Nękał nas strasznie na prawym skrzydle, wiedział co i kiedy ma zrobić. Na lewym ładnie pracował również Vaclav Pilar. Jeśli tak będzie wyglądała współpraca pomocników, to kto wie, gdzie mogą jeszcze zajść Czesi… Na pewno pragną powtórzyć wyczyn sprzed ośmiu lat.

A teraz krótko o przyczynach porażki naszej reprezentacji. Po pierwsze – chaos w kreowaniu sytuacji. Chcieliśmy zbyt nerwowo i zbyt szybko przedostać się do szesnastki Czechów. Tak na przyszłość: więcej krótkich dokładnych podań, a mniej długich nie wiadomo do kogo. Po drugie – brak kondycji, czyli absolutnej postawy. Nie jestem sobie w stanie wyobrazić, co by było, gdybyśmy wyszli z grupy i jakimś cudem doprowadzili do dogrywki… Po trzecie – kiepska skuteczność. Trzeba korzystać z tego, co się ma. Okazji za dużo nie było, ale parę razy byliśmy blisko.

Dorzuciłbym do tego jeszcze ostrożność ze zmianami u Franciszka Smudy, lecz to jest kwestia sporna. Lepiej by było podjąć to ryzyko i najwyżej stracić drugą bramkę, niż żałować, iż się nie spróbowało. Ale jeśli Franz nie ustawiał naszej drużyny ofensywnie, to naturalne, że się bał. Gdyby jego taktyka wypaliła, nasze nastroje byłyby zupełnie inne i uważalibyśmy go za wielkiego bohatera. A tak, machamy mu białymi chusteczkami…

Na wielką pochwałę zasłużyli polscy kibice, którzy bardzo tłumnie gromadzili się wszędzie, gdzie można było oglądać mecz i dopingowali ze wszystkich sił. To ich przede wszystkim jest teraz szkoda. Szkoda wszystkich, którzy starali się o dobry wynik dla Polski. Mam tylko nadzieję, że „piłkoszał” nie opadnie tak drastycznie w naszym kraju. Pewnie zaraz rozpocznie się ogólnonarodowe zdejmowanie flag (ja wolę przywiązać do niej teraz czarną wstążkę) i powrót do krytykowania piłki nożnej, zawodników, wszystkiego wokół. Ale chciałbym, żeby coś w nas pozostało. Teraz smucimy się/denerwujemy po meczu z Czechami, ale trzeba zaraz z tego się otrząsnąć, bo Euro 2012 ciągle trwa. Korzystajmy z tego!


pubsport.pl
Krzysztof Sędzicki
Uczeń I LO w Łodzi. Już jako przedszkolak oglądałem transmisje sportowe w telewizji. Kilka lat pograłem w koszykówkę, ale nie spodobała mi się i już pod koniec gimnazjum przerzuciłem się na amatorską odmianę siatkówki i skoku wzwyż. Pasjonuję się wieloma dyscyplinami, przede wszystkim piłką nożną, siatkówką, formułą 1 i skokami narciarskimi. Czasami lubię też pooglądać inne sporty, np. koszykówkę, biathlon, tenisa, snookera, darta... Nie ma tygodnia, żebym czegoś nie obejrzał! Tak, uznawaj mnie za sportowego maniaka! Dobrze mi z tym! W przyszłości chciałbym zostać dziennikarzem - komentatorem sportowym. Póki co, próbuję swoich sił na kilku frontach - na blogu (sedzik.blox.pl), tele-sport.pl, TakSięGra TV i właśnie tu, na Pubsport.pl, gdzie piszę artykuły, felietony, relacje i robię kilka rzeczy, których nie widać gołym okiem, gdzieś tam "za kulisami".
http://sedzik.blox.pl